Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Nasze drogie państwo maksimum

27 czerwca 2018

Wkracza bez szumu. Rozpycha się i mości w każdej dziedzinie. Daje opiekę, wygodę, bezpieczeństwo. Ale kosztuje. Nas, obywateli

Państwo minimum nie podoba się sporej części społeczeństwa. Bo jest ściśle powiązane z "obrzydliwym" neoliberalizmem, "samolubnym" wolnym rynkiem, "wynaturzonym" kapitalizmem. Bo kojarzy się z niesprawiedliwym podziałem dóbr potransformacyjnych, wykluczaniem słabszych, utrwaleniem niewydolnych systemów. Bo stawia na operatywność jednostki, zapewniając jedynie ciepłą wodę w kranie. Zostało znielubione w wieku dziecięcym. Nie dostało szansy na zdrowe dorastanie. Stale krytykowane, bez walki ustępuje miejsca państwu maksimum. Ono zaś wkracza bez wielkiego szumu, ale konsekwentnie. Przebudowuje instytucje państwowe, czyniąc z nich sprawne maszynki wykonawcze, działające w sztucznym świetle niezależności, które jest włączane tylko wtedy, gdy trzeba wyciszyć spory i protesty. Redukuje dialog społeczny do przedstawiania komunikatów o woli suwerena przy wprowadzaniu kolejnych reform, nie przejmując się głosami sprzeciwu. Rozdaje gotówkę rodzicom w imię wzrostu demograficznego, zachęcając przy tym młode słabo wykształcone matki do opuszczania rynku pracy. Wysyła kobiety po 60. i mężczyzn po 65. roku życia na emerytury, choć w dzisiejszych czasach zazwyczaj to ludzie w sile wieku i do dezaktywności zawodowej jeszcze im daleko. Wdraża programy za życiem, wypłacając 4 tys. zł przy porodzie i pozostawiając rodziców samych z ich nieuleczalnie ciężko chorymi dziećmi. Zamierza budować tanie mieszkania, ale projektowane sposoby wykonania kwalifikują ideę do kategorii bardzo kiepskich żartów. Planuje inwestycje z rozmachem, modernizuje sprzęt wojskowy, centralizuje administrację, ogranicza samorządy, preferuje publiczne firmy, usztywnia relacje pracodawca - pracownik, wprowadza Konstytucję biznesu, ułatwiając w wielu obszarach prowadzenie działalności gospodarczej, ale nie likwidując ogromnej papierologii... Z założenia ma być wszędzie, na usługach każdego.

Państwo maksimum jest fajne. Planuje, chroni, pomaga, edukuje, wspiera, niweluje nierówności, dzieli dobra sprawiedliwie, kontroluje, egzekwuje. Przypomina rodziców. Zamożnych. Więc i takie państwo musi mieć pieniądze. Jego utrzymanie będzie przecież kosztować: proszę jeszcze raz spojrzeć na powyższą, niepełną listę zadań: prawie każda pozycja to określony wydatek. Drogi ich pokrywania są dwie: albo podwyższanie podatków i różnych danin publicznoprawnych (np. przyjęta na cele elektromobilności opłata paliwowa w wysokości 8 gr od litra czy utrzymywanie VAT na podwyższonym poziomie 23 proc.), albo kredytowanie. Tak się nieszczęśliwie bowiem składa, że nie jesteśmy krajem bogatym, w którym obywatele chętnie dzielą się z całą wspólnotą. Nie wystarczy zaś uszczelnienie systemu podatkowego. Dobra koniunktura gospodarcza też wcześniej czy później dostanie zadyszki. Wtedy Polska stanie przed kuszącą alternatywą: albo przeistaczać się w państwo skandynawskie, którego obywatele oddają do kasy krajowej blisko 50 proc. swoich zarobków, albo w PRL z czasów Edwarda Gierka, gdy ludzie czuli się otoczeni przez państwo opieką, za to wszystko budowało się na kredyt, a długi spłacamy do dziś. Wchodzi też w rachubę mieszanka tych opcji.

Państwo maksimum jest wygodne. Wykonuje wiele zacnych przedsięwzięć dla swoich obywateli. Nie za darmo niestety. Czy jest w stanie zafundować Polakom wyższe podatki? Jasne, że tak. Nie od razu i nie od wszystkich zażąda po 30-40 proc. przychodów. Będzie to robić powolutku, uzasadniając każde działanie konkretną potrzebą, np. reformą systemu opieki społecznej. Może na początek sięgnie do kieszeni najbogatszych. Albo zlikwiduje wszystkie lub większość zwolnień podatkowych. Bądź po prostu zmieni model stawek VAT, ujednolicając je i otwierając tym samym szerszy strumień wpływów do budżetu państwa. A może postawi na wzrost akcyzy. Lub pojawią się inne nowe opłaty, jak paliwowa. Rozwiązań jest wiele. Polacy przyklasnęliby uproszczeniu regulacji podatkowych, ale czy są gotowi na takie zmiany, które bardziej wydrenują ich portfele? Jeśli chcą wygodnego państwa maksimum, to nie będą mieli innego wyjścia niż akceptacja nowych propozycji podatkowych, które się pojawią. Dopiero potem zaczną się zastanawiać, czy im się to opłaca. Nie są przecież fanami podatków w ogóle, a już wysokich w szczególności. Jak państwo chce im coś dać, niech daje, ale środki na realizację weźmie skądkolwiek, byleby nie z ich portfeli. Bo jak już zarobili, to sami wiedzą, jak te pieniądze najlepiej wydać z pożytkiem dla siebie i swoich najbliższych. Rządzącym nic do tego.

Czy państwo maksimum jest warte, aby więcej płacić? Każda władza wie, że wyższe podatki to najskuteczniejsza metoda na utratę zajmowanej pozycji. Wyborcy oddadzą głos na kogokolwiek innego, kto im obieca, że nie podniesie albo jeszcze lepiej - obniży obciążenia. Tylko ugrupowanie rządzące o skłonnościach samobójczych zdecydowałoby się więc na takie działanie, nawet wdrażane stopniowo. Dlatego lepiej nie dopuszczać do jakichkolwiek pytań kwestionujących zasadność państwa maksimum, tworząc iluzję, że ono więcej oferuje swoim obywatelom, niż od nich wymaga, a pieniądze w kasie wspólnej biorą się z powietrza. Taki wariant jest niewykluczony, przećwiczony w poprzednim ustroju z marnym skutkiem i wciąż testowany w bardziej kontrolowany sposób. Polega na pożyczkach, kredytach, rosnącym deficycie. Oczywiście, że nie bylibyśmy jedynym krajem w Unii Europejskiej czy na świecie, który uszczęśliwiałby swoich mieszkańców przez jakiś czas za nieswoje fundusze, nie martwiąc się, co będzie później. Ta droga jest łatwiejsza dla obywateli, bo korzystają z różnych udogodnień w ich przeświadczeniu darmowych. A my, Polacy, lubimy mieć dużo za niską cenę lub właśnie za darmo. Nie poświęcamy czasu na myślenie, kto za to płaci, dopóki nas to nie dotyczy wprost. To generalizacja, ale uprawniona: co piąty Polak nie wie, że 500+ jest finansowane z podatków, a ponad 40 proc. uważa, że pieniądze na ten program pochodzą z wpłat podatkowych innych ludzi, firm czy ze środków rządowych (badanie Ariadna dla portalu CiekaweLiczby.pl z 20-23 października 2017 r.). Jak można wpaść na to, że rząd ma jakiekolwiek własne pieniądze? Naprawdę prawie połowa społeczeństwa sądzi, że nie uczestniczy w kosztach przeróżnych świadczeń? Przygnębiające. Zwłaszcza w kontekście państwa opiekuńczego.

Państwo maksimum jest projektem pociągającym, ale nie samofinansującym się. Na jego funkcjonowanie my, obywatele (ewentualnie następne pokolenia), musimy się złożyć, czy tego chcemy, czy nie. Jeśli ktokolwiek liczy, że istnieje jakaś trzecia droga pozyskania środków, jest w błędzie. Nie jest nią na pewno Unia, która gwarantuje wprawdzie pieniądze na wyrównywanie poziomu życia w poszczególnych krajach członkowskich, ale nie znaczy to, że na jej konto umościmy sobie opiekuńcze gniazdko nad Wisłą. Wspólnota rozlicza nas skrupulatnie z każdej złotówki, którą nam przekaże. Nie godzi się na bezpodstawne marnotrawienie funduszy, a gdy stwierdzi, że do tego doszło, każe je zwracać. Co więcej, akurat teraz szczególnie pilnie przypatruje się Polsce, zarzucając naruszanie podstawowych wartości unijnych i zasad praworządności. Nie żeby już miała nam odbierać środki z kolejnej perspektywy budżetowej, których z racji brexitu zostanie mniej do podziału, ale trudniej będzie negocjować w atmosferze ograniczonego zaufania i nieprzewidywalności Warszawy (czy raczej przewidywalności, że będzie grać na politykę wewnętrzną, a nie unijną, nawet jeśli chwilowo idzie na ustępstwa).

Państwo maksimum daje komfort i bezpieczeństwo. Obywatel nie czuje się pozostawiony sam sobie z codziennymi obowiązkami. Tak jest przynajmniej w Skandynawii. Nic dziwnego, że obywatele krajów nordyckich są na czele rankingów najszczęśliwszych ludzi na świecie. Ich rządom udało się znaleźć dobry przepis na zachowanie równowagi między dobrobytem, kapitałem społecznym i zaufaniem. Jest więc z kogo brać przykład. Jest wzorzec, do którego Polska faktycznie może dążyć.

Ale zaraz, zaraz... Polacy też są szczęśliwi i ufni. Kłopot w tym, że tylko w swoim domu, w obrębie rodziny i znajomych. Państwa i jego struktur nie darzą zaufaniem, pozostając w zgodzie z kulturą nietrwałości i nieufności, która przetrwała nie lata, lecz wieki. Nawet jak dostają coś od niego, jak świadczenie 500+, biorą z przeświadczeniem, że dziś jest, a jutro może nie być. Więc jak mieliby zdać się na państwo maksimum? Czy ono będzie lepsze niż ich prywatna inicjatywa? Czy lepiej zadba o nich niż oni sami? Czy ich bardziej uszczęśliwi? Może by i chcieli udzielić pozytywnych odpowiedzi, tylko że gdy trzeba będzie na to wyłożyć własne pieniądze, znajdą tysiące powodów, by tego nie czynić. Przypomną sobie, że lubią tanie państwo, którego działalność i instytucje ograniczone są do minimum, za to prowadzone jest przez mądrych, gospodarnych i oszczędnych włodarzy. Zrozumieją, że państwo tanie i państwo maksimum to dwie niemające ze sobą za wiele wspólnego koncepcje. Zrozumieją?

Polacy są szczęśliwi i ufni. Kłopot w tym, że tylko w swoim domu, w obrębie rodziny i znajomych. Państwa i jego struktur nie darzą zaufaniem, pozostając w zgodzie z kulturą nietrwałości i nieufności, która przetrwała nie lata, lecz wieki. Nawet jak coś od niego dostają, jak świadczenie 500+, biorą z przeświadczeniem, że dziś jest, a jutro może nie być. Więc jak mieliby zdać się na państwo maksimum? Czy ono będzie lepsze niż ich prywatna inicjatywa?

@RY1@i02/2018/078/i02.2018.078.000001700.801.jpg@RY2@

Jadwiga Sztabińska

publicystka

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.