Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Znowu to samo

24 października 2019
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

N owa książka klasyka politologii to najlepszy dowód, że myślenie liberalne znalazło się w ślepej uliczce. Szczerze mówiąc, mam wrażenie ostrego déjà vu. Od dobrych kilku lat wydaje mi się, jakbym czytał ciągle jedną i tę samą książkę. Zmieniają się tylko autorzy. Nie chodzi o to, że oni źle piszą. Przeciwnie. Taki Francis Fukuyama dobrze wie, jak atrakcyjnie formułować swoje myśli. W końcu jest legendą współczesnej myśli politycznej. Status gwiazdy osiągnął rzecz jasna za sprawą swego głośnego eseju o końcu historii. Opublikowany na początku lat 90. tekst stał się hitem, o którym mówili wszyscy. Dla zaledwie 40-letniego wówczas Fukuyamy było to jak trafienie szóstki w totka. „Koniec historii” ustawił go na całe życie w roli zawodowego mędrca. I nie można nawet powiedzieć, że Amerykanin japońskiego pochodzenia nie udźwignął swojego sukcesu. Z dużą regularnością wrzucał do debaty nowe prace. Pisał (nawet ciekawie) o zaufaniu, ładzie politycznym, posthumanizmie czy trudach budowaniu państwa. Teraz zaś napisał o znaczeniu tożsamości.

Francis Fukuyama, „Tożsamość. Współczesna polityka tożsamościowa i walka o uznanie”, tłum. Jan Pyka, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2019

Fukuyama odgrzebał swoich starych mistrzów: Platona, Hegla i Nietschego. Zapożyczył od nich przekonanie, że człowiekowi chodzi w życiu o coś więcej niż tylko gołe istnienie. Postawił tezę, że wszyscy dążymy do uznania. To dążenie przybiera zaś różne formy oraz intensywność. Pogoń za uznaniem prowadzi do przybierania różnych tożsamości. Służących z reguły temu, by poczuć się trochę lepiej. Najciekawiej jest, gdy Fukuyama przyznaje, że liberalna demokracja (której był jednym z heroldów) nie potrafiła sobie z tym wyzwaniem poradzić. Myślała np., że popychając przedsiębiorczych do wyżywania się na globalnym rynku, powstrzyma ich przed mieszaniem się w proces polityczny. Ale się pomyliła. Kapitał zaczął przejmować i psuć instytucje demokratyczne, pisząc pod siebie reguły gry. Na dodatek dążenie do wyjątkowości zaczęło rozbijać wielkie ruchy społeczne (np. lewicę). Czyniąc z niej zbiór wysepek wojujących o własną wąsko zarysowaną tożsamość: ruchów LGBT czy feministek. W kontrze do tego zjawiska pojawiła się tożsamościowa prawica.

Wszystko to brzmi tyleż słusznie, co jednak trochę… banalnie. Fukuyama w „Tożsamości” nie wyznacza nowych dróg. Co najwyżej można powiedzieć, że jest dowodem, iż nawet establishment liberalno-konserwatywnej politologii zauważył coś oczywistego. Niestety, gdy Fukuyama przechodzi do odniesienia swoich spostrzeżeń do warunków współczesnego świata, jest już bardzo źle. W ruch idą te nieznośnie grube kredki, które każą wierzyć, że takie zjawiska polityczne jak Putin, Erdogan, Kaczyński lub Orbán pochodzą z jednej i tej samej bajki. Tu nie ma miejsca na niuanse. Albo liberalna demokracja, albo autorytaryzm. Albo my, albo tamci. Wymagający czytelnik ma prawo czuć się zawiedziony.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.