(Nie)odpowiedzialność za słowa
Przedstawiciele świata akademickiego są jednymi z ostatnich, których polska opinia publiczna uważa za uczciwych i rzetelnych. Jak pokazuje praktyka, nie zawsze słusznie
Poruszające i niesłychanie smutne wydarzenie z 13 stycznia 2019 r., kiedy prezydent Gdańska Paweł Adamowicz został śmiertelnie raniony nożem przez Stefana W., wywołało skrajne reakcje – naturalny w tym przypadku smutek, ale także wyrażaną na portalach społecznościowych radość (!) z ataku i jego śmiertelnego skutku, wypowiedzi usprawiedliwiające oraz gloryfikujące sprawcę, sugerujące kolejne cele (osoby), które „zasłużyły sobie na to”. Niezależnie od poglądów politycznych zapanowała jednak – przynajmniej teoretyczna – zgoda co do tego, że język, jakim posługują się w ostatnich latach w przestrzeni publicznej mieszkańcy Polski, nie ułatwia porozumienia pomiędzy nimi, a agresja werbalna może przeradzać się w przemoc fizyczną. Pomimo apeli o uszanowanie żałoby i niewykorzystywanie jej do doraźnych rozgrywek, politycy natychmiast wpadli na pomysł zorganizowania „niepolitycznych” marszy przeciw przemocy, a pogrzeb prezydenta Adamowicza stał się kolejną okazją do medialnego zaistnienia.
Uczciwość polityków jako grupy jest w Polsce od przeszło dwóch dekad oceniana najniżej spośród 24 innych profesji (badania CBOS), podobnie jak ich rzetelność. Reakcje na śmierć prezydenta Adamowicza mogą te oceny tylko ugruntować. Respondenci nie wierzą także w uczciwość i rzetelność innych grup: działaczy związków zawodowych, maklerów giełdowych, agentów ubezpieczeniowych i duchownych. Trochę wyżej, chociaż różnice są nieduże, badani oceniają uczciwość i rzetelność sędziów, adwokatów, prywatnych przedsiębiorców oraz dziennikarzy. W cechującym się niedużym zaufaniem – lub dużą podejrzliwością – społeczeństwie polskim jest jednak kilka grup zawodowych, których przedstawicieli uważa się za uczciwych i rzetelnych. To nauczyciele, informatycy, pielęgniarki i oceniani najwyżej naukowcy. Dlatego też na przedstawicielach świata akademickiego spoczywa duża odpowiedzialność. Są jednymi z ostatnich (wciąż) szanowanych przez mieszkańców Polski. Oznacza to, że to, co mówią – zarówno w trakcie prowadzonych zajęć, jak i podczas występów w mediach – jest co do zasady traktowane jako prawdziwe (uczciwe) i rzetelne.
Zabójstwo prezydenta Adamowicza po raz kolejny otworzyło łamy prasy oraz studia radiowe i telewizyjne przed przedstawicielami świata akademii związanymi z prawem oraz postępowaniem karnym, kryminologią, psychologią sądową czy kryminalistyką. Od niedzielnego ataku byli do nich zapraszani, żeby wyjaśniać czytelnikom, słuchaczom i widzom, co się stało, dlaczego tak się stało i co z tego wynika. Niestety część osób, które z takich zaproszeń skorzystały, w swoich wypowiedziach przekraczała nie tylko zakres własnych kompetencji, lecz również możliwości (przynajmniej konwencjonalnej) nauki.
Żadna z osób, które w niedzielę oraz następne dni publicznie wypowiadały się na temat poczytalności Stefana W., nie miała z nim żadnego diagnostycznego kontaktu. Co więcej – zdecydowana większość nie ma ani wykształcenia, ani doświadczenia niezbędnego do stawiania diagnozy (nawet gdyby miała możliwość przeprowadzenia właściwych testów i badań Stefana W.). Nieosadzone w stanie wiedzy psychiatrycznej ani psychologicznej były – mniej i bardziej kategoryczne – wypowiedzi o zdrowiu psychicznym Stefana W. oraz jego motywacjach. Absolutnie niewystarczające do ferowania takich opinii były (i są) kolejne przekazy medialne na temat historii kryminalnej Stefana W., jego problemów ze zdrowiem psychicznym czy informacji przekazywanych przez jego matkę organom ścigania. Ozdobienie wypowiedzi przysłówkiem „najprawdopodobniej” jest w takich przypadkach tylko zabiegiem erystycznym, który może co najwyżej uspokajać sumienie używającego go „eksperta”. Podobnie rozpoczynanie wypowiedzi od stwierdzenia, że nie jest się wprawdzie psychiatrą (psychologiem, prawnikiem), aby po spójniku „ale” wygłosić swoje kategoryczne opinie. Bardzo to przypomina wielokrotnie ośmieszane stwierdzenie „Nie jestem rasistą/faszystą/antysemitą, ale...”.
Przedstawiciele świata akademii wygłaszający nieuprawnione własnym wykształceniem, doświadczeniem, stanem nauki poglądy wpisują się w stereotypowe zachowanie wielu mieszkańców Polski. Otóż prawie każdy mieszkaniec Polski jest według swojego przekonania największym ekspertem w zakresie medycyny, nauczania, zarządzania, podatków, polityki karnej, motoryzacji, piłki nożnej i siatkowej, skoków narciarskich, katastrof lotniczych oraz wielu innych dziedzin w zależności od sytuacji. Zdecydowana większość użytkowników polskich dróg jest przekonana o swoim idealnym przygotowaniu do kierowania pojazdem w każdych warunkach atmosferycznych – oczywiście w przeciwieństwie do pozostałych kierowców, a przy tym Polska od lat znajduje się w grupie państw z najwyższą śmiertelnością uczestników ruchu drogowego w całej Unii Europejskiej (dane z 2017 roku European Transport Safety Council). To przykład negatywnych skutków przecenienia własnych kompetencji.
Jakie mogą być konsekwencje nieuprawnionych wypowiedzi akademickich ekspertów? W przypadku nieuprawnionych ocen zdrowia psychicznego, poczytalności oraz motywacji Stefana W. negatywne skutki występują na co najmniej trzech obszarach.
Najszerszy zasięg ma tworzenie w opinii publicznej mylnego wyobrażenia systemu organów ścigania oraz wymiaru sprawiedliwości. Skoro „ekspert” z tytułem naukowym mówi w studiu telewizyjnym, że Stefan W. jest chory psychicznie lub że powinien być izolowany, to po co całe postępowanie przygotowawcze lub sądowe? Dla obserwatora „oczywistą oczywistością” jest, że taką osobę należało/należy izolować. Podważa to (i tak niewysokie) zaufanie wobec pracy organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości – ślepych na te „oczywistości”, o których z taką swadą opowiadają telewizyjni eksperci uwiarygodnieni akademickimi afiliacjami. Gdzie jest miejsce na domniemanie niewinności, skoro widzowie widzieli (lub tak sądzą), co się stało, a dzięki ekspertom dzięki ekspertom już wiedzą, dlaczego się to stało. Gdzie będzie w innych przypadkach?
Węższy, chociaż wciąż dość szeroki zasięg ma niesłychanie daleko idące uproszenie polegające na utożsamianiu zamachu na czyjeś życie z chorobą psychiczną sprawcy. Jest to oczywiście uspokajające dla większości populacji, na zasadzie „jesteśmy normalni, tylko chorzy psychicznie robią takie rzeczy”. Skala takich uproszczeń w komentarzach po 13 stycznia skłoniła Polskie Towarzystwo Psychiatryczne do wydania apelu, aby „nie kojarzyć tragedii w Gdańsku z osobami z zaburzeniami psychicznymi” oraz „nie poszukiwać łatwych rozwiązań szoku wzbudzonego tą tragedią w kojarzeniu jej z osobami z zaburzeniami psychicznymi”. Dla dużej grupy osób chorych psychicznie oraz dla ich rodzin nieuprawnione i nośne medialnie uproszczenia to kolejna stygmatyzacja. Wyniki badań (m.in. Harvard Med School) pokazują, że osoby ze stwierdzoną chorobą psychiczną nie stosują przemocy częściej niż reszta populacji, za to na pewno częściej jej doświadczają. Zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Ryzyko stania się pokrzywdzonym przestępstwem jest co najmniej 2,5-krotnie, a w niektórych przypadkach jest ponad 140 (!) razy wyższe w przypadku osoby chorej psychicznie niż osoby bez takiej diagnozy. Jednym z negatywnych następstw takiej stygmatyzacji może być niechęć do podejmowania leczenia, co dzieje się w kraju, w którym choroba psychiczna wciąż jest wstydliwa, a ponad 40 proc. respondentów deklaruje nieżyczliwość wobec osób chorych psychicznie (badania EZOP, 2013 r.).
Najwęższy zasięg negatywnych skutków dotyczy samego Stefana W. oraz jego rodziny, a także podejrzanych w podobnych sprawach. W największym uproszczeniu: „diagnoza” zostaje postawiona przez „ekspertów” przed jakimkolwiek badaniem, a „wyrok” wydany przed zakończeniem postępowania przygotowawczego.
Nie dziwi, a co najwyżej budzi rozbawienie, że student pierwszego roku prawa, po dwóch tygodniach zajęć z prawa rzymskiego i wstępu do prawoznawstwa, wypowiada się autorytatywnie np. o prawie podatkowym i zbyt niskich karach wymierzanych „zbrodniarzom” lub „bestiom”. Dziwić mogą natomiast kategoryczne wypowiedzi osób ze stopniami i tytułami naukowymi w zakresie, w którym brakuje im kompetencji. Stopień ani tytuł naukowy nie niesie ze sobą „łaski oświecenia” ani „daru kompetencji” w każdej dziedzinie (a przynajmniej piszący te słowa wciąż go nie doświadczył, co zapewne skłoniło go do niniejszych wynurzeń). Odpowiedzialny przedstawiciel świata akademickiego nie ma oporów przed jasnym zakomunikowaniem, że ma wiedzę i kompetencje wyłącznie w pewnym zakresie. Nie jest żadną ujmą przyznanie się do niewiedzy lub wskazanie ograniczeń możliwości wypowiadania się na pewne tematy – jak w omawianym przypadku. Brzemienne w negatywne skutki jest natomiast oszukiwanie odbiorców poprzez instrumentalne użycie stopnia, tytułu naukowego lub zajmowanego stanowiska do komunikowania de facto swoich przekonań na jakiś temat. Przekonań, które najczęściej wpisują się w pewne stereotypy. Stereotypy zaś ze swej istoty są fałszywe i niedostatecznie uzasadnione. Są więc zaprzeczeniem wszystkich ideałów świata akademickiego. ©℗
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu