Serial "Jedyna", czyli witajcie w raju
Ostatecznie w serialu „Jedyna” padają pytania o to, co w sobie, jako ludziach, cenimy najbardziej. Co jest samym jądrem naszego jestestwa? Czy aby naszej autonomii nie konstytuują i nie strzegą cechy oraz zachowania negatywne: złość, upór, mizantropia, nieufność?
Rzadko piszę na tematy niezwiązane bezpośrednio z literaturą, ale w wypadku serialu „Jedyna” chodzi właściwie o literaturę wyrażoną innymi środkami. Stworzona przez Vince’a Gilligana (znanego z takich przedsięwzięć telewizyjnych jak „Breaking Bad” czy „Zadzwoń do Saula”) „Jedyna” to w zasadzie jednocześnie zajmująca narracja filmowa i – nader książkowy – esej filozoficzny. Zresztą Apple TV zaczyna się w pewnym sensie specjalizować w tego rodzaju przedsięwzięciach, bo zarówno „Fundacja”, jak i „Silos”, a przede wszystkim znakomite „Rozdzielenie” dają się również interpretować jako społeczne i filozoficzne gry z historią, utopizmem czy zagadką świadomości.
"Jedyna", czyli czuć wściekłość
Zacznijmy od tytułu. Polska „Jedyna” nie zawiera w sobie ani grama stosownego sarkazmu, który przekazuje wersja amerykańska, „Pluribus”. Jest to, rzecz jasna, fragment łacińskiej sentencji założycielskiej Stanów Zjednoczonych: „E pluribus unum” (z wielu jeden). Z wielu stanów jedno państwo. Jeden naród z wielu narodów. Jeden superczłowiek z wielu ludzi? Twórcy serialu potraktowali tę metaforę dosłownie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.