Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Dużo więcej niż polskie "Fargo"

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Od piątku w kinach "Dom zły" Wojciecha Smarzowskiego - jeden z najbardziej oczekiwanych filmów roku

W tym roku mieliśmy już kilka takich filmów, które zło PRL nazywają po imieniu, ale zaskakują perspektywą spojrzenia. Było "Mniejsze zło" Janusza Morgensterna, był "Enen" Feliksa Falka, był wreszcie znakomity "Rewers" Borysa Lankosza o czasach stalinizmu opowiadający tak, jak żaden inny dotąd. Za chwilę pojawi się udane "Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha. Wszystkie te filmy nie tylko rozdrapują wielką dziurę w pamięci, ale też zupełnie nie po polsku traktują tamtą rzeczywistość jako wyrzut do dziś gryzącego sumienia.

Na tym tle "Dom zły" Wojciecha Smarzowskiego jest bodaj najbardziej nie po polsku zrobiony: wstrząsający, czarny, bezkompromisowy, zanurzony w czasie historycznym i teraźniejszym, wpisany w uniwersum mrocznego thrillera, a zarazem rozsadzający ramy gatunkowej przejrzystości. Owszem, można szukać podobieństw i nawiązań. Ze względu na scenerię, konstrukcję domina, pytania o naturę zła z "Fargo" braci Coen, ze względu na bezwzględność rozrachunku z "Ładunkiem 200" Bałabanowa, ale to jednak nie to. Ten film jest oryginalny, łamiący konwencje, uciekający z każdej szuflady.

Zima 1982 roku. Zapadła bieszczadzka wieś. W opustoszałym gospodarstwie zaczyna się wizja lokalna z udziałem zootechnika Środonia podejrzanego o popełnienie właśnie tutaj przed czterema laty potrójnego morderstwa. Jego życiorys, zwyczajnego peerelowskiego everymana, Smarzowski opowiada w międzyczasie: praca w gospodarstwie rybackim, kawalerka, telewizor, talon na malucha, mała stabilizacja. Ale śmierć żony wszystko zmienia. Picie, degrengolada i decyzja o wyjeździe w krośnieńskie. Za jego opowieścią przenosimy się do fatalnej, jesiennej nocy morderstwa, po czym znowu wracamy do milicjantów przeprowadzających wizję. Pozoranci przynoszą wódkę, milicjanci ustawiają się w kolejkę, prokurator leży nieprzytomnie pijany, podjeżdża czarna wołga, a w niej lokalny dygnitarz. Dowodzący akcją, zaszyty alkoholik porucznik Mróz nie chce się mieszać w politykę. Odmawia donoszenia, nie ulega naciskom, chce wyjaśnić sprawę, ale i na niego są papiery...

Znów wracamy do fatalnej nocy. Środoń pije z gospodarzem, niejakim Dziabasem i jego żoną. Z telewizora Vondraczkowa śpiewa "Malowany dzbanku", tańczą, znowu piją, myślą o wspólnym interesie. Idą spać. Za chwilę rozegra się tutaj tragedia.

Smarzowski będzie te dwa plany czasowe przeplatał aż do końca. A to, jak to robi, to prawdziwy formalny majstersztyk. Każdy detal ma tu swoją znaczącą rolę do odegrania: upuszczona w błocie siekiera, zagubiony w dowodach nóż, zdjęcie milicjantki w ciąży, jakiś kwit, podanie o paszport. Wszystko jest ważne. Smarzowski porusza się między wątkami sprawnie i zręcznie, wprowadza na scenę kolejnych bohaterów, stopniuje napięcie, precyzyjnie prowadzi dwie opowieści do wspólnego finału.

"Dom zły" jest nie tylko znakomicie wyreżyserowany, ale świetnie sfotografowany przez Krzysztofa Ptaka, opatrzony idealnie dopasowaną, irytującą muzyką Mikołaja Trzaski, ozdobiony wybitnymi rolami Mariana Dziędziela, Kingi Preis, Arkadiusza Jakubika, Bartłomieja Topy.

Smarzowski zrobił film bezlitosny. Dla czasów, o których opowiada, dla ludzi, których pokazuje, ale i dla nas wszystkich. Oglądamy świat unurzany w błocie, gnojówce, krwi i lejącej się strumieniami gorzale. Wszyscy są tu w czymś umoczeni, nawet ci, którzy chcą być uczciwi i wyrwać się z oplatającej codzienności pajęczyny układów. Rzeczywistość zmusza do zeszmacenia, kolaboracji, kombinowania, kapowania. Trzeba jakoś żyć. Z bimbrowni w stodole jak Dziabas, handlu polonezami jak miejscowy ksiądz, z lewych interesów jak lokalna władza. Niektórzy nawet ze swego upodlenia zdają sobie sprawę, stać ich na odruch samoświadomości. Tyle że nie czyni to ich postaciami tragicznymi, bo w tym świecie nie ma miejsca na prawdziwą tragedię. Pozostaje taplanie się w błocie, zapijanie bimbrem i zdanie się na ślepy los. Nie ma też miejsca na heroizm. Owszem, mówi się o działaczu "Solidarności", który za dużo podskakiwał, więc rozbił się na zakręcie. Ktoś wspomina o Wałęsie, kto inny o Popiełuszce, partyjny bonzo puszcza z grundiga kultowy kawałek Dezertera "Spytaj milicjanta".

Ale to wszystko jest daleko. A my znajdujemy się w Polsce beznadziei stanu wojennego, nie beznadziei politycznej, ale tej zwyczajnej ludzkiej nędzy, ześwinionej, pozbawionej alternatyw. Nie ma złych ZOMO-wców i dobrych księży, nie ma "nas" i "onych".

W sferze obrazów oddał tę Polskę Smarzowski tak wiarygodnie jak nikt inny ostatnio. Pamiętam tę zimę 1982 roku mniej więcej tak samo. Rozpoznaję i inne, pozornie nieistotne szczegóły: podróże na korytarzu zatłoczonym pociągiem, ściany pomalowane we wzorek z wałkiem, migające telewizory Jowisz. Nieistotne, ale ważne, bo współtworzące mentalny pejzaż.

Oto Polska właśnie. Ta z lat 70. i 80. Daleka od patetycznej Polski z "Popiełuszki", od romantycznych mitów, patriotycznych frazesów. Zupełnie inna, ale nie mniej, a może bardziej prawdziwa. Z takim garbatym bagażem weszliśmy do Europy. Ta Polska wciąż jest w nas, bimber i gnojówka wciąż płyną w naszych żyłach. Może Smarzowski momentami popada w hiperbolę, może pisze momentami zbyt drukowanymi literami, ale jego film boleśnie dotyka sedna naszej niemożności rozliczenia się z polskością.

@RY1@i02/2009/230/i02.2009.230.000.016a.001.jpg@RY2@

Ozdobą "Domu złego" są świetne kreacje aktorskie. Na zdjęciu Kinga Preis oraz Arkadiusz Jakubik

Film It - Fotos Art

Wojciech Kałużyński

wojciech.kaluzynski@infor.pl

reż. Wojciech Smarzowski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.