Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Szkoda białego słonia

26 czerwca 2018

Każda wielka podróż zaczyna się od jednego obrazu, który pozostaje w pamięci na całe życie.

W książce Grzegorza Torzeckiego, podróżnika i popularyzatora Azji i Oceanii, jest nim widok złotych iglic świątyń Paganu, błyszczących na tle ceglastorudej ziemi. "Pierwszy raz widok ten ujrzałem z okien samolotu o zachodzie słońca, gdy stewardesa podawała herbatę siedzącym obok mnichom buddyjskim. Robiła to, klęcząc z głową pochyloną bardzo nisko, prawie dotykając podłogi".

Świątynie królewskiego miasta Paganu stawiano w miejscach wskazanych przez białe słonie. Gdzie zwierzę uklękło, tam kopano fundamenty. Niestety, ten arcyrzadki rodzaj słonia wymarł w Birmie w latach 70. Do dziś przetrwał jedynie w Laosie.

Ale nie żałujmy zbyt długo słoni: oto autor w fascynujący sposób wprowadza nas w świat therawady, zwanej inaczej Małym Wozem, czyli najstarszej odmiany buddyzmu. Szkoła ta, mało znana w Europie (w porównaniu w indyjskim Wielkim Wozem, czyli mahajaną), to interesujące zjawisko religijne i kulturowe, a w dodatku klucz do duszy Birmańczyka. W odróżnieniu od mahajany, zalecającej poświęcanie się dla wszystkich ludzi, therawada koncentruje się na uświęcaniu wybranych, czyli mnichów. Nie znaczy to jednak, że mnisi birmańscy nie angażują się w życie społeczne. Całkiem przeciwnie - manifestują w obronie biednych i uciśnionych. A jeśli nie pomogą manifestacje, klasztory mają w odwodzie broń jeszcze groźniejszą: mogą odmówić przyjmowania jałmużny od przedstawicieli rządzącego krajem wojskowego reżimu. Podobno władze tego właśnie boją się najbardziej.

W Birmie w przedziwny sposób duch broniącego wszelkiego życia buddyzmu splótł się z wątkami azjatyckiego okrucieństwa. Królowie traktowali tu poddanych z wyszukaną uprzejmością, nawet posyłając ich na szafot. Jeden z władców szczycił się tym, że nie wydał ani jednego wyroku śmierci. Mówił tylko winowajcy: "Moje oczy nie chcą cię więcej widzieć". Usłużni dworacy natychmiast dusili nieszczęśnika za drzwiami komnaty, a królowi przekazywali wiadomość, że poddany... umarł z żałości.

Po tak ciekawym rozdziale chciałoby się wiedzieć więcej o życiu codziennym Birmańczyków, o ich problemach z autorytarną władzą (tylko w 1988 r. tytułowi generałowie zabili 3 tys. demonstrantów), o sytuacji mniejszości (Karenowie, Shanowie, Kaczinowie), przez długie lata walczących zbrojnie o niepodległość z państwem birmańskim, chciałoby się wreszcie zrozumieć, w jaki sposób wojskowym rządom udało się uczynić niewolników z własnych obywateli (bo taka jest teza autora). Niestety nic z tego. Okazuje się, że rozdział o buddyzmie to właściwie tylko wstęp do książki. Resztę, tj. cztery piąte jej zawartości, wypełnia historia kraju. Napisana, owszem, przystępnie, ale z każdą stroną, poświęconą szaleństwom kolejnego władcy, czytana z coraz mniejszym entuzjazmem. Torzecki ustawił sobie wysoko poprzeczkę, ale wyraźnie nie potrafił jej przeskoczyć. To większa szkoda niż żal za białymi słoniami.

@RY1@i02/2009/227/i02.2009.227.184.007a.001.jpg@RY2@

Grzegorz Torzecki, Birma. Królowie i generałowie, Albatros 2009

Jacek Borkowicz

jacek.borkowicz@infor.pl

Gwiazdkę przyznajemy za:

ciekawą narrację;

kompetencje autora;

solidne tłumaczenie i redakcję;

atrakcyjną grafikę;

oryginalny pomysł na książkę

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.