Z uśmiechem walczę o miejsce w samolocie, na rzutni jest wojna
ROZMOWA
MARTA MIKIEL:
TOMASZ MAJEWSKI*:
Dla mnie coraz ważniejsza staje się rywalizacja z Amerykanami. Ona mnie napędza, głównie dla niej trenuję. Na najwyższym szczeblu zmierzymy się w tym sezonie w marcu, w halowych mistrzostwach świata w Dausze.
Zdecydowanie mniejszy. Liczą się rywale. Niemiec Ralf Bartels był co prawa trzeci na MŚ w Berlinie, ale ze słabszym wynikiem niż reszta podium, czyli Christian Cantwell i ja. Mogę założyć, że jeżeli nic złego mi się nie przytrafi, to latem w Barcelonie tym mistrzem Europy zostanę. Ale moje pojedynki z Amerykanami - Cantwellem, ale także z Reese’em Hoffą - są ozdobą tej konkurencji przez ostatnie dwa lata.
To siedzi we mnie głęboko. Nie zostałem mistrzem świata, ale dzięki temu mam motywację, żeby starać się nim zostać. Taka sportowa złość daje solidnego kopa. Moja reakcja w Berlinie była może trochę przesadna. To dlatego, że ja tam miałem wygrać, tylko na to byłem nastawiony. Dopiero potem dotarło do mnie, że przegrałem tytuł po pięknym konkursie. Christian tego dnia był lepszy, w przedostatniej próbie pchnął jak szalony. Ja mogę mieć do siebie pretensje tylko o to, że w ostatniej chwili nie wyciągnąłem asa z rękawa. W głębi duszy na to liczyłem. Ale to już są moje rozliczenia z samym sobą. Wszyscy inni powinni się z tego wicemistrzostwa cieszyć.
Byłem w światowej czołówce, ale tej szerokiej. Na szczyt wdarłem się dopiero na igrzyskach, ale zostałem tam przez cały kolejny sezon. W pchnięciu kulą w czołówce jest stała rotacja. Mało komu udaje się utrzymać na szczycie przez wiele lat. Ja chcę to zrobić.
Chciałem być pierwszym kulomiotem, który wygra igrzyska i mistrzostwa świata. To nie udało się nikomu przez 26 lat, od kiedy MŚ są rozgrywane. Myślę, że wciąż mam szansę. Trzeba mierzyć wysoko.
Zawsze kiedy z nim wygrywam, jestem szczęśliwy. A do liczb się specjalnie nie przywiązuję. Chciałbym pchnąć 22 metry, brakuje mi raptem pięciu centymetrów. Na tym poziomie coraz trudniej się rozwijać, to mozolna walka o każdy milimetr. Ale mam nadzieję, że jeszcze kilka tych milimetrów w sobie mam.
Te wyniki ciągle stoją w tabelach, bo akurat w tych zawodach nikt ich nie złapał za rękę. Ale to mnie nie frustruje. Kilka osób, które się znają na tym sporcie, wie, że mój rekord życiowy jest w pierwszej piątce na świecie, jeśli liczyć wyniki osiągane na czysto.
Nawet rekord Randy’ego Barnesa - 23,12 m - można pchnąć na czysto, ale w tej chwili byłby do tego zdolny tylko Cantwell. Jest silniejszy od nas wszystkich. Ja w życiu nie zbuduję takiej siły.
W żadnym razie. Nie jestem tak silny, ale to nie znaczy, że nie pchnę dalej. Nadrabiam techniką, szybkością, a przede wszystkim głową. Większość konkursów wygrywa się dzięki mocnej psychice, wojna psychologiczna na rzutni to norma. Po kolejnych pchnięciach tasuje się kolejność. Tak było w Pekinie i w kilku innych startach. Ja lepiej znoszę stres, dzięki temu lepiej wypadam w ostatnich próbach.
Pchanie zaczynamy dopiero w grudniu. Na razie jestem w Szczyrku, w górach ma mi wrócić kondycja. Potem przez cały miesiąc będę zasuwać w Spale. W styczniu lecę na miesiąc do RPA. To jest coś nowego, nigdy tak wcześniej nie zaczynałem treningów w ciepłych krajach, zawsze całą zimę trenowałem w Polsce. Ale nie powiedziałbym, że to niebezpieczny eksperyment. Będę trenował na słońcu, a nie kisił się w hali. Dzięki temu trochę wcześniej dojdę do formy.
Jadę z trenerem Henrykiem Olszewskim i Krzyśkiem Krzywoszem, którego można nazwać... sparingpartnerem?
Nie walczymy. Po prostu razem trenujemy, raźniej, kiedy ktoś obok też wykonuje te serie powtórzeń. Nasze treningi są nudne. Krzysiek pracuje też dla siebie, w zeszłym roku pchnął prawie 20 metrów.
Inteligentny człowiek znajdzie sobie zajęcie, nie mam z tym problemu. Ale ja tam jadę do roboty. W wolnych chwilach głównie odpoczywam po jednym treningu, żeby się nadawać do następnego.
Nie kosztuje aż tak dużo. Finansuje go PZLA, RPA to nasza stała baza treningowa. Wyjeżdżałem tam nieraz. To dosyć daleko, długi lot. Zwłaszcza z moim wzrostem trzeba sobie jakoś radzić, wywalczyć dobre miejsce. Uśmiechać się do stewardesy przy odprawie.
Bardzo rzadko, na ogół ekonomiczną. Ale na pewno lepiej jest być mistrzem, niż nim nie być. Moje życie dzięki temu zmieniło się bardzo, prawie wyłącznie na lepsze. Zostanie mistrzem olimpijskim polecam każdemu człowiekowi. To przyjemna sprawa.
@RY1@i02/2009/222/i02.2009.222.000.014a.101.jpg@RY2@
Tomasz Majewski
Radwan&Śmiarowski/Newspix.pl
*, ur. 1981, absolwent politologii UKSW, mistrz olimpijski z Pekinu i wicemistrz świata z Berlina w pchnięciu kulą
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu