Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Opowiadam o złożoności epoki PRL, patos mnie nie interesuje

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 1 minutę

"Mniejsze zło" Janusza Morgensterna, jeden z najbardziej oczekiwanych filmów roku, w kinach. Rozmawiamy z reżyserem

Po lekturze wiedziałem, że nie zrobię dosłownej adaptacji książki. W powieści losy głównego bohatera obejmują kilkadziesiąt lat, a to mnie nie interesowało. Skróty były kolosalne. U Andermana znalazłem elementy prawdy o tamtym czasie. Mam wiele sygnałów, że ta prawda jest też w moim filmie. Wykorzystałem niektóre powiedzonka z tamtej epoki. Słyszałem, że "trzeba umieć wąchać czas" weszło już do języka potocznego.

To było najważniejsze - pokazać wieloznaczność tamtej epoki. Ocenianie głównego bohatera, granego przez Lesława Żurka, jako postaci negatywnej to przesada. Rozbijmy jego postępowanie na części pierwsze. Co się okazuje? Przenosi za mury szpitala psychiatrycznego tekst powieści poznanego tam pisarza, który twierdzi, że jest inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa, i próbuje ją opublikować. Idzie po najmniejszej linii oporu, wydaje ją pod własnym nazwiskiem, ale przecież to nie jest zbrodnia. Owszem, postępuje nieetycznie, jest próżny, robi niezasłużoną karierę. Znacznie gorszym występkiem jest sprawa słuchowiska - to już ewidentna kradzież. Idzie mi o to, że nie możemy go potępiać w czambuł.

To był przypadek. Zobaczyłem go w "Polaku potrzebnym od zaraz" Kena Loacha. Zaintrygowało mnie coś w jego fizjonomii. On ma wdzięk, który mojemu bohaterowi był niezbędny. Chciałem, żeby miał jakiś ekwiwalent dobra, nie był całkowicie odpychający, nie interesowało mnie opowiedzenie czarno-białej historii.

O moich decyzjach obsadowych często decydował przypadek. Tak było z "‚Do widzenia, do jutra". Teresę Tuszyńską zobaczyłem na potańcówce w Liceum im. Batorego w Warszawie. Zagrała wspaniale. Ale skończyliśmy zdjęcia i nagrywaliśmy postsynchrony. Nagle słyszę, że korytarzem obok studia idzie para. Coś mnie zaintrygowało w ich dialogu - dziewczyna mówiła z obco brzmiącym akcentem. Szedłem za nimi i podsłuchiwałem. Okazało się, że to był reżyser Aleksander Ford z byłą żoną Zygmunta Kałużyńskiego. Wtedy mnie olśniło. Kwestie wygłaszane nienaganną polszczyzną przez Tuszyńską brzmiały fałszywie. Skażony angielszczyzną język polski tej Amerykanki był dla tej roli najwłaściwszy. Nie wiem, czy wpadłbym na to. Zadecydował przypadek.

Ciągnęła mnie tematyka wojenna. Miałem obsesję, żeby zrobić film o powstaniu, ale odrzucono mi kilka scenariuszy. Nadarzyła się okazja do współpracy z Andrzejem Wajdą, więc skorzystałem i zrobiliśmy razem "Kanał", "Popiół i diament" oraz "Lotną". Tym chętniej angażowałem się w pracę na planie, że podczas studiów w szkole filmowej nie uczyliśmy się warsztatu. Nauka polegała głównie na rozmowach o kulturze. Więc starałem się "nabić rękę".

Kombinowaliśmy, jak zrobić, żeby film był wyrazisty. Poza tym, że jest fabuła, musi ona mieć źródło i potwierdzenie w znaku plastycznym. Scena w "Popiele i diamencie", kiedy postrzelony Maciek Chełmicki zostawia ślad krwi na suszącym się prześcieradle. Ludzie to zapamiętują. Zawsze staraliśmy się zostawić znak, który byłby symbolem do zapamiętania.

Nie pamiętam. Przypominam sobie, że był problem, bo spirytus nie chciał się palić. Czegoś tam dolaliśmy.

Ostatni. Poprzednie filmy to przeszłość. Emocje wywołuje we mnie to, co akurat robię. Ale opowiem inną historię. Kręciliśmy zdjęcia do "Kolumbów" na Małej na warszawskiej Pradze. Zbudowaliśmy barykady, cała ulica płonęła, był czołg, powstańcy, Niemcy. Strasznie trudno było to zainscenizować, więc staraliśmy się ograniczyć duble. Kręciliśmy dziesięć minut bez przerwy: wybuchy, strzały, jazda czołgu, walka. Powiedziałem "stop" i na ulicy zrobiła się cisza. Po chwili rozległy się oklaski. Okazało się, że kilkuset okolicznych mieszkańców z tej niecieszącej się najlepszą sławą dzielnicy biło nam brawo. Uznali, że to, co zobaczyli, było prawdziwe. Poczułem się jak naczelny wódz (śmiech). Nigdy jako filmowiec nie przeżyłem większego wyróżnienia.

Nie wiem, czy będzie. Na razie muszę odpocząć po "Mniejszym złu".

@RY1@i02/2009/209/i02.2009.209.000.015a.001.jpg@RY2@

Janusz Morgenstern instruuje Lesława Żurka (w środku) i Borysa Szyca

Maksymilian Rigamonti/Reporter

(rocznik 1922), reżyser, scenarzysta i producent. Nakręcił m.in. "Do widzenia, do jutra" (1960), "Trzeba zabić tę miłość" (1972), "Żółty szalik" (2000) oraz seriale "Stawka większa niż życie" (1965 - 68), "Kolumbowie" (1970) i "Polskie drogi" (1977)

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.