Opowieść o kosmitach, która może wywołać rewolucję w fantastyce
Wyprodukowany przez Petera Jacksona debiut Neilla Blomkampa to pierwsza od niemal dekady duża produkcja science fiction wychodząca poza rozrywkowy schemat. Ogłaszanie rewolucji w fantastyce jest jednak przedwczesne.
Filmowa fantastyka od ładnych paru lat pogrążona jest w kryzysie. Nie potrafi kreować nowych mitów, stare straciły znaczenie i jakoś nikomu nie udawało się ostatnio opowiedzieć czegoś wymykającego się powielaniu wyeksploatowanych historii w lepszych albo gorszych wersjach. Właściwie od początku lat 90. fantastyka naukowa rozpoczęła zjadanie własnego ogona, pogrążyła się w efektownej wtórności. Jakoś nie udawało się osiągnąć ani egzystencjalnego znaczenia, które wydobywali z SF wielcy wizjonerzy kina, jak Stanley Kubrick czy Andriej Tarkowski; ani wymiaru parabolicznych opowieści na miarę Ridleya Scotta czy Jamesa Camerona; ani choćby zbliżyć się do pokulturowej uniwersalności "Gwiezdnych wojen" George’a Lucasa, choć przecież on sam próbował wskrzesić swą sagę. Ciągle coś ważnego uciekało w pogoni za odświeżaniem gatunkowej tożsamości albo częściej - za pieniędzmi. Rewolucji w filmowej fantastyce jej miłośnicy wypatrują więc na horyzoncie jak zbawienia. Wydawało się, że te nadzieje spełni "Matrix" braci Wachowskich - oryginalny, efektowny, a przy tym stawiający zupełnie poważnie filozoficzne pytania na miarę cyberkulturowych czasów. Kolejne części trylogii Wachowskich i późniejsze epigońskie nawiązania do tematu udowodniły jednak, że "Matrix" był jednorazowym zrywem, genialnym wyskokiem w stronę poważnej naukowej fikcji, tyle że zakończonym ślepą uliczką efektownej formy, za którą stała coraz bardziej bełkotliwa treść udająca filozofię.
Teraz znaczna część amerykańskiej krytyki i znaczna część fanów science fiction nadziei upatruje w "Dystrykcie 9" okrzykniętym nowym "Blade Runnerem" i obwołanym dziełem przełomowym nie tylko w filmowej fantastyce, ale w kinie w ogóle. Film Blomkampa faktycznie wychodzi z getta powtarzanych w kółko starych śpiewek o ufoludkach. W klasycznych ujęciach przybysze z kosmosu byli albo najeźdźcami, albo istotami na wyższym stopniu cywilizacyjnego rozwoju. W "Dystrykcie 9" jest inaczej. Statek Obcych zawisa nie nad amerykańską metropolią, ale nad Johannesburgiem. A na pokładzie znajdują się nie przerażające monstra, ani newage’owi prorocy, ale gromada wycieńczonych, wygłodniałych istot. Przybysze zostają zamknięci w getcie i żyją w slumsach, a właśnie zaczyna się akcja przesiedlenia ich do obozu koncentracyjnego.
Obecność Obcych na Ziemi służy zatem rozwianiu naszych humanistycznych złudzeń. Są tu i masowe morderstwa, i eksperymenty medyczne w stylu doktora Mengele, i typowa rasistowska retoryka. Odreagowanie apartheidu w RPA łączy się u Blomkampa ze społeczną alegorią i cywilizacyjną antyutopią. Oryginalny pomysł perfekcyjnie wyeksponował reżyser przez formę zbliżoną do mocku- mentary. Oglądamy niby-amatorski reportaż z akcji przesiedleńczej, wymieszany z inscenizowanymi wywiadami, urywkami telewizyjnych newsów i dopiero w drugiej połowie narracja staje się stricte fabularna.
Opowiada historię dowodzącego akcją przesiedlenia Obcych biurokraty niewahającego się użyć przemocy wobec "gorszego" gatunku. Podczas akcji w getcie oblewa się tajemniczym płynem i przechodzi powolną mutację - stopniowo sam staje się Obcym, obiektem polowania. Blomkamp igra z konwencją, odwracając perspektywy, stawiając moralne pytania i ponure diagnozy. Owszem, mogą razić logiczne dziury, nieco populistyczne tezy o ludzkiej naturze. Ale udaje się reżyserowi zręcznie lawirować po mieliznach zapożyczeń, a nade wszystko utrzymać napięcie aż do finału.
Tylko czy to jest ta prawdziwa, z dawna wyczekiwana rewolucja? Na samej tylko estetyce mocumentary, na przeplataniu fikcji i pozorów autentyku daleko się nie zajedzie, tak samo zresztą jak na przewartościowaniu mitu kosmity, a nawet wywracaniu na drugą stronę wszystkich innych motywów i toposów. Gdyby rewolucja miała polegać tylko na pójściu tropem Blomkampa, lepiej od razu ją odwołać i czekać na następny przełom. Ale "Dystrykt 9" także za sprawą kasowego sukcesu ma szansę przekonać twórców, a przede wszystkim hollywoodzkich księgowych, że jednak można. Że warto wykorzystywać postęp w dziedzinie efektów specjalnych nie tylko do robienia lepszych technicznie wersji tego, co już było, ale kreacji nowych światów. Sukces Blomkampa zachęca do odwagi, do poszukiwania, do oryginalności. Gdyby jeszcze w zapowiadanym na listopad "Avatarze" James Cameron powiedział coś ważnego, dałoby to nadzieję na lepsze jutro filmowego science fiction.
@RY1@i02/2009/199/i02.2009.199.000.016a.101.jpg@RY2@
"Dystrykt 9" - kosmici nad Johannesburgiem
ITICinema
Wojciech Kałużyński
wojciech.kaluzynski@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu