Groza narastała powoli
HENNELOWA: Niebo nad Wilnem po wejściu Armii Czerwonej zaciągało się nieubłaganie. Ale nie było tego hitlerowskiego szaleństwa. Sowieci postępowali planowo, po cichu
PAULINA NOWOSIELSKA:
JÓZEFA HENNELOWA*:
Wilno od początku wojny trwało w zawieszeniu. Czuło się dalekie od frontu, zdane tylko na relacje. Rok szkolny zaczął się z opóźnieniem. Ojciec postanowił, że razem z siostrą zostaniemy dłużej na wsi. Z naszymi gospodarzami spędzaliśmy godziny przy radioodbiorniku. Kiedy usłyszeliśmy, że padło Westerplatte, był jeden wielki płacz. W Wilnie zaczęło się roić od uchodźców, głównie z Warszawy. I nadeszła ta niedziela, 17 września. Radio podało, że Armia Czerwona wkroczyła do Polski. Pamiętam dwie rzeczy. Poczucie kompletnego zagubienia. I zaraz mszę w katedrze, koło której mieszkaliśmy. Śpiewaliśmy po mszy: "Boże, coś Polskę". Ale dlaczego: "ojczyznę wolną pobłogosław, Panie"? Dlaczego nie: "zachowaj"? Nazajutrz nie było szkoły. We wtorek rano ojciec po powrocie z miasta powiedział, że bolszewicy już tu są. Wkroczyli od wschodu. Szli od dworca kolejowego, przez Ostrą Bramę, rynek, koło uniwersytetu. Dokonało się to tak zwyczajnie.
Bez serii z karabinów, krzyków. Później, gdy przez miasto przechodziły kolejne fronty, toczyły się walki, ginęli ludzie. Najpierw w 1941 r. uderzenie Niemców, potem w 1944 - Sowietów. Za każdym razem były bombardowania, gwizdy kul na ulicach i flary świecące długo w nocy. Ale w 1939 nic. Było jakoś tak cicho. Ojciec najpierw nie wypuszczał nas z domu. Potem koleżanki opowiadały, że widziały ciężarówki z aresztowanymi polskimi żołnierzami. A ja zapamiętałam z tych pierwszych dni ludzi z czerwonymi opaskami na rękach. Spokojnych, nawet zadowolonych. To byli niemal wyłącznie Żydzi (wtedy 30 proc. ludności miasta). W mieście pojawiły się plakaty po polsku witające Sowietów. Przechodząc koło nich, zwyczajnie, po szczeniacku, zdarłam jeden.
Byłam w szoku, gdy patrzyłam na swoich sąsiadów witających wrogów z uśmiechem na ustach. Wtedy tego nie rozumiałam, miałam 14 lat. Ale skutecznie wyleczyłam się z tej traumy dwa lata później, gdy widziałam tych samych żydowskich mieszkańców Wilna spędzanych do getta i zaczęły dochodzić wieści o masowych egzekucjach w Ponarach. Ci ludzie przez pierwszą połowę września żyli w potwornym lęku przed Niemcami. Wiedzieli już, co działo się w Niemczech przed wrześniem, a potem w Polsce. Armia Czerwona dawała im złudne poczucie zapory przed hitleryzmem. W następnych dniach zaczęły się aresztowania wśród znanych ludzi. Między innymi ojciec mojej koleżanki, wiceprezydent Wilna, został zabrany 2 października. I wszelki ślad po nim zaginął. Groza narastała powoli. Również dlatego, że okręg wileński został oddany Litwie. To było już 10 października. Sytuacja miała się odmienić dopiero po 21 lipca 1940, gdy Litwa stała się republiką, a następnie między 3 a 6 sierpnia razem z Łotwą i Estonią "spontanicznie" poprosiła o wcielenie do ZSRR. Ale do tego czasu trwało udawanie, że to jest Litwa. Funkcjonował obóz internowania dla polskich oficerów, ale Litwini ułatwiali im ucieczkę przez Bałtyk do Norwegii, Szwecji. Szkoły i kościoły były otwarte. Choć dochodziło do bójek między nacjonalistami litewskimi a Polakami, a języka litewskiego uczono jako osobnego przedmiotu.
Bo i niebo za Sowietów zaciągało się powoli. Ale nieubłaganie. Nie było tego hitlerowskiego szaleństwa, z bombardowaniem bez opamiętania, rozjeżdżaniem czołgami, masowym zabijaniem na ulicach. Sowieci postępowali planowo. Tak jakby wiedzieli, że nic nie jest w stanie im przeszkodzić.
We wrześniu i październiku 1939 to była zupełnie inna armia niż ta, która kilka lat później odbierała Niemcom Wilno. W 1944 roku to była armia frontowa. Pijana do nieprzytomności, rabująca ludzi na ulicach. Do tego potworne opowieści o gwałtach. Póki co we wrześniu 1939 do Wilna weszła armia nędzarzy. Obdarta, z karabinami na sznurku. Byłoby to nawet żałosne, gdyby nie spiczaste czapki z czerwoną gwiazdą. Natychmiast zapanowała pustka w sklepach. Również dlatego, że rodziny radzieckich oficerów rzucały się na wszystko. Na drugi dzień zaczęło brakować jedzenia. Władza radziecka nie potrafiła zapewnić dostaw, chłopi nic nie dowozili. Nędza trwała do czasu oddania Wilna Litwinom.
W tamtych dniach w ludziach najmocniejsze było poczucie klęski wrześniowej. Mój ojciec nigdy nie politykował, ciężko pracował, żeby nas utrzymać. Ale przekonanie, że wielu żołnierzy nie zdążyło się zmobilizować. I że rząd uciekł. Tak się to odbierało. Tak o tym mówili uciekinierzy z Warszawy. Na Boże Narodzenie 1939 r. mieliśmy u siebie rodzinę ze stolicy. Bez głowy domu, oficera, który był w wojsku. Kobieta nie wiedziała, czy jej mąż zdążył uciec przez południową granicę do Rumunii, czy jednak znalazł się wśród jeńców, którzy trafili potem do Katynia, Miednoje. Poczucie beznadziei było powszechne. Frazesy sprzed kilku tygodni, że jesteśmy silni, zwarci i gotowi. Piosenki w radio na cześć Rydza-Śmigłego, które do dziś mam w uszach, bo grano je na okrągło. I przekonywanie, że możemy bronić się długo. To dlatego klęska tak bolała.
Bolszewicy. W domyśle: ci, którzy najechali na Polskę w 1919 r., ale udało się ich przepędzić. Ale obawiam się, że wieś podwileńska odbierała sprawy inaczej. Bo niektórzy na pytanie, kim są, Polakami czy Białorusinami, odpowiadali: nie wiemy, my tutejsi. Dla nich nowa władza była złudnie przyjazna, jeszcze nie zabierała chłopom ziemi, nie wcielała do kołchozów. A przed wojną administracja polska na Kresach, wiadomo, zachowywała się różnie. Ci, co nie mówili po polsku, byli szykanowani. Chodzenie do cerkwi było źle widziane, w szkołach uczono wyłącznie po polsku.
Tak było. W 1941 r. już pierwsze uderzenie niemieckie zmiotło Armię Czerwoną z ziem polskich na tereny rosyjskie. Ale nadeszła przerażająca zima. Czterdziestostopniowe mrozy, na które Niemcy nie byli absolutnie przygotowani. Byli zajęci walką na froncie, tym, co dzieje się w Generalnej Guberni, i własnym przetrwaniem. Nam wydawało się wtedy, że potrafimy konspirować, bo nie wpadaliśmy za często. Owszem, Niemcy rozstrzeliwali, ale zdawaliśmy maturę, działał tajny uniwersytet. A w tajnym harcerstwie odbywałyśmy kursy pielęgniarstwa. Gdy ponownie nastała Armia Czerwona, wszystko się zmieniło. To była władza, która kontroluje wszystko i potrafi każdego dopaść. Trwały masowe aresztowania w szeregach AK, która wcześniej z Armią Czerwoną zdobywała Wilno.
Pamiętam oddział jeńców sowieckich prowadzony ulicą przez Niemców. Byli krańcowo wycieńczeni. Córka znajomej sklepikarki rzuciła im kawałek chleba. I została zgarnięta przez Niemców. Matka wykupiła ją w ostatniej chwili z transportu kolejowego. Długo miałam przed oczami ten obraz. Kiedy potem Wilno było znowu sowieckie, szłam raz koło ruin, przy których pracowali jeńcy niemieccy. Jeden z mężczyzn zawołał do mnie: Brot, Brot. Stanęła mi przed oczami scena, w której tamta dziewczynka o mało nie straciła życia. Udałam, że nie słyszę wołania głodnego człowieka. Do dzisiaj mi wstyd. Takie także ślady zostawia wojna.
O Katyniu dowiedzieliśmy się zaraz po tym, jak Niemcy upublicznili sprawę, w nocy z 12 na 13 kwietnia 1943 r. Z Wilna pojechał wtedy Józef Mackiewicz. W ramach tzw. gadzinówki, czyli polskojęzycznej gazety, która miała pozwolenie Niemców na ukazywanie się. Później "Gazeta Codzienna" opublikowała wywiad z nim pod tytułem "Widziałem na własne oczy" Nie mieliśmy wątpliwości, że to sowiecka zbrodnia. Jednak, że dzieje się coś złego, wyczuwaliśmy wcześniej. Bo rodziny, które miały w niewoli sowieckiej ojców, mężów i synów, przestały dostawać od nich korespondencję na wiosnę 1940 r.
Zostawiałam swoje miasto, grób mamy. To wystarczy za odpowiedź. Starzy księża z mojej parafii uważali, że tu trzeba trwać, choć to straszny los. Ale obie z siostrą marzyłyśmy o studiach. Poza tym narastało przekonanie, że Litwa pozostanie radziecka. I że "oni" zrobią tu porządek. Do transportu z Kresów trzeba było się zarejestrować. Traciło się przez to prawa do całego majątku. Potem było czekanie na transport, każdy dokładnie ponumerowany. Załapaliśmy się na jeden z ostatnich. Jechaliśmy do Krakowa ze względu na uniwersytet i wileńskich przyjaciół, którzy już tam byli. Nasz transport przejeżdżał przez Warszawę, której wtedy nie było. W Wilnie Sowieci zamieniali już kościoły na magazyny, wysadzali krzyże. A Kraków stał taki, jak przed wojną.
@RY1@i02/2009/182/i02.2009.182.000.0014.101.jpg@RY2@
Rep. Piotr Mecik/FORUM
Polska, wrzesień 1939 roku. "Granica" niemiecko-sowiecka
*Józefa Hennelowa, od 1948 do 2008 r. redaktorka "Tygodnika Powszechnego", posłanka na Sejm X i I kadencji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu