Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Polskie kino czasu przełomu

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Wczoraj w Gdyni wystartował festiwal filmowy - doroczny przegląd dokonań polskich reżyserów. Impreza ma odpowiedzieć na pytanie, w jakim stanie jest dziś nasza kinematografia. Wbrew opiniom malkontentów wszystko wskazuje, że w niezłym

Do niedawna co roku przed festiwalem w Gdyni powtarzał się ten sam rytuał. Coraz bardziej nieśmiało i coraz bardziej po cichu liczyliśmy, że będzie choć odrobinę lepiej niż poprzednio. Odprawialiśmy egzorcyzmy nad marnością polskiego kina i mieliśmy nadzieję, że jego mizeria owinięta w czerwony dywan przed Teatrem Muzycznym wreszcie dorośnie do snobującej się na Cannes festiwalowej celebry i znakomitego samopoczucia filmowej branży. Iskierkę nadziei wniósł festiwal przed dwoma laty, a w tym roku jest o tyle inaczej, że już przed festiwalem wypada sobie życzyć, by nie było gorzej niż w zeszłym, kiedy to po raz pierwszy od ładnych kilku lat festiwal miał jakieś wyraziste oblicze, a właściwie wiele oblicz.

Zeszłoroczna impreza udowodniła, że podniósł się średni poziom rodzimej filmowej produkcji, a nasi filmowcy zaczęli mówić własnym głosem, nie oglądając się na mody i koniunktury. Paradoksalnie nawet kontrowersyjny werdykt promujący przeciętną "Małą Moskwę" kosztem zdaniem większości najlepszego filmu festiwalu "33 scen z życia" Małgorzaty Szumowskiej przysłużył się naszemu kinu. Nie tylko dlatego, że na film Szumowskiej poszło do kin ponad 100 tysięcy widzów, ale również dlatego, że o polskim kinie znów zaczęło się rozmawiać. Poważnie, bez protekcjonalizmu, ironii i pobożnych życzeń.

W tym roku Gdynia ma szansę rozbudzone w zeszłym roku nadzieje podtrzymać. W konkursie znalazło się naprawdę sporo co najmniej dobrych filmów, a przewodniczący jury Krzysztof Krauze zapowiada, że skandalu z werdyktem nie będzie. Z wielu względów zresztą tegoroczny festiwal może być granicznym. Nie tylko dlatego, że może zakończyć erę malkontenctwa, ale również dlatego, że może to być ostatni festiwal organizowany w znanym od lat kształcie. O konieczności zmiany formuły mówi się od dawna. Narzekaniom, że jego ranga nawet w środowisku upada, że Gdynia nikogo właściwie nie obchodzi, towarzyszą postulaty otwarcia się na świat, ściągania filmów nagradzanych w Cannes czy Berlinie, zapraszania zagranicznych gości, dziennikarzy i gwiazd.

Festiwal po raz ostatni organizowany jest w tradycyjnym wrześniowym terminie. Od przyszłego roku ma odbywać się w maju. Z funkcji dyrektora artystycznego zrezygnował piastujący ją od czterech lat Mirosław Bork. Organizator, Pomorska Fundacja Filmowa, szuka właśnie jego następcy. Wśród kandydatów padały nazwiska m.in. Romana Gutka i Juliusza Machulskiego. Gutek jednak zaprzecza. Owszem, będzie organizował w maju w Gdyni festiwal, ale swój własny - zupełnie inny niż Era Nowe Horyzonty. Zaprzecza też Machulski.

Przyjęcia funkcji odmówił również znany filmoznawca prof. Marek Hendrykowski. Agnieszka Odorowicz, dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, próbowała namówić Wojciecha Marczewskiego, ale i on nie przyjął propozycji. Paweł Felis postulował na łamach "Gazety Wyborczej" kandydaturę Jerzego Kapuścińskiego. Ten jednak twierdzi, że nawet gdyby taka propozycja padła, nie jest nią zainteresowany.

Wygląda więc na to, że choć wszyscy konieczność zmian uznają, nikt nie chce ich przeprowadzać. Trudno się po prawdzie dziwić, skoro kompetencje dyrektora są ograniczone. Ma niewielki wpływ na selekcję filmów do konkursu, nie decyduje też o składzie jury. Kluczowe decyzje podejmuje komitet organizacyjny, w skład którego wchodzą m.in. przedstawiciele Ministerstwa Kultury, PISF-u, Stowarzyszenia Filmowców Polskich, województwa pomorskiego i TVP. Leszek Kopeć, prezes Pomorskiej Fundacji Filmowej, mówił jeszcze niedawno, że rewolucji, jeśli chodzi o kształt festiwalu, raczej nie będzie. Zmieni się tylko termin, ale czy organizowanie festiwalu w maju spowoduje natychmiast, że do Polski prosto z Cannes przyjadą liczący się przedstawiciele branży filmowej, zwiększając nasze szanse na zaistnienie na najważniejszych światowych imprezach i rynkach. Bardzo wątpliwe. W tej chwili sytuacja jest taka, że walczą ze sobą dwie koncepcje: festiwalu otwartego na świat, wskazującego tendencje rozwoju naszej sztuki filmowej i narodowej prezentacji naszego dorobku. Nawet zwolennicy tej drugiej idei mówią, że festiwal trzeba zmieniać, choć recept na reformy wciąż brak.

Tyle osób zobaczyło w kinach film Bruce’a Parramore’a "Kochaj i tańcz", To największy polski hit tego roku. Dla porównania - najnowszy film o Harrym Potterze obejrzało dotychczas ok. 1,2 mln widzów

Prócz jednej - więcej dobrych filmów. Więcej już jest. Liczba wyprodukowanych w Polsce filmów jest rekordowa od wielu lat, a do konkursu zgłoszono aż 40 tytułów. Ostatecznie o nagrody jury będą się ubiegać aż 24 filmy, w tym aż 11 debiutów. Zapewne dowodzi to pozytywnie stymulującej roli PISF-u, ale w hurraoptymistyczne tony nie ma sensu popadać. Wystarczyło wycofanie się TVP z współprodukowania filmów, by natychmiast zaczęto bić na alarm, wieszcząc rychłą zapaść polskiego kina. Brakuje w programie dzieł już docenianych na światowych festiwalach. Dwa lata temu, wprost po małym sukcesie w Wenecji, przywiózł do Gdyni swoje "Sztuczki" Andrzej Jakimowski, w zeszłym roku Szumowska przyjeżdżała do Gdyni z nagrodą w Locarno, Skolimowski po dobrym przyjęciu w Cannes, Rosa po sukcesach w Wenecji. W tym roku takich rodzynków brak.

Poziom naszego kina się niby podnosi, ale na najważniejszych światowych festiwalach wciąż jesteśmy nieobecni. Większość filmów walczących o Złote Lwy albo miała już swą kinową premierę, albo była pokazywana na różnych festiwalach (w Koszalinie czy na wrocławskich Nowych Horyzontach). Absolutnych premier jest w konkursowej stawce zaledwie dziewięć.

A jednak dobrych filmów wcale nie zabraknie. Niewiadomą jest debiut Pawła Borowskiego "Zero". Jednym z faworytów będzie znakomity "Rewers" z rzadką u nas lekkością opowiadający o losach trzech kobiet na tle stalinizmu, wydarzeniem powinien też być powrót Mariusza Grzegorzka filmem "Jestem twój" - ostentacyjnie teatralnie sztucznym, a jednocześnie boleśnie prawdziwym. Świetny jest "Dom zły" Wojciecha Smarzowskiego, niby w swej stylistyce podobny do "Wesela", a jednak świeży, wręcz odkrywczy. Poza tym mamy całą grupę filmów co najmniej niezłych, znanych już z naszych ekranów i festiwali (m.in "Młodzi i film" w Koszalnie, Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu): "Wojnę polsko-ruską" Żuławskiego, "Enena" Falka, "Galerianki" Rosłaniec, "Moją krew" Wrony, "Prawdziwą historię Janosika" Holland i Adamik, "Hel" Dębskiej.

Czy festiwal w Gdyni odzwierciedla dzisiejszą kondycję polskiego kina? W dużym stopniu tak. Liczba produkowanych tytułów mogłaby sugerować, że polskie kino zaczyna kręcić się szybciej. Ale, mimo pozorów prosperity, zarówno na polskie kino, jak i na gdyński festiwal wciąż warto patrzeć z pewną podejrzliwością. Bo festiwal jest skostniały, środowiskowy, nagrody mają coraz mniejsze znaczenie, nagrodzone filmy są źle reklamowane i dystrybuowane, a werdykty jurorów bywają koniunkturalne. Niemniej jednak wypada mieć nadzieję, że w tym roku żadnych kontrowersji nie będzie, a sam festiwal pokaże, że z naszą kinematografią naprawdę jest lepiej. Najważniejsze, że nie musimy się już martwić, czy znajdzie się choć film, który warto nagrodzić.

@RY1@i02/2009/180/i02.2009.180.000.0016.101.jpg@RY2@

SYRENA FILMS

Przewrotna i pełna ironii opowieść o córce, matce i babci. Akcja rozgrywa się w Warszawie w latach 50. oraz współcześnie. Film zrobiony z rzadkim w polskim kinie dystansem do historii, lekkością, delikatnym humorem. Wybitne role tercetu Anna Polony - Krystyna Janda - Agata Buzek i świetne zdjęcia Marcina Koszałki.

Śledztwo prowadzone w pierwszych dniach stanu wojennego ma wyjaśnić zagadkę morderstwa sprzed lat. Smarzowski znów rozdrapuje nasze narodowe kompleksy. Tym razem w poetyce kryminału z domieszką grozy w perspektywie historyczno-współczesnej. Polaków portret własny.

Młody polski reżyser czyta młodą polską prozę. Ten film wręcz prowokuje do dialogu. Wobec tej szalonej jazdy po bandzie, balansującej na granicy między sensem a bełkotem, głębią i banałem, trudno pozostać obojętnym.

Grzegorzek wraca do kina filmem zrealizowanym spośród dotychczasowych najbardziej "po bożemu". Sportretował uczuciowy pięciokąt - jego film to psychoanalityczne studium. Niby ostentacyjnie sztuczne, teatralne, a jednocześnie do bólu prawdziwe i przejmujące.

Młody psychiatra podejmuje prywatne śledztwo, by wyjaśnić tajemnicę tożsamości jednego ze swych pacjentów. Kawałek solidnego kina niby gatunkowego, a jednocześnie podpisanego własnym charakterem pisma.

@RY1@i02/2009/180/i02.2009.180.000.0016.102.jpg@RY2@

VISION

Tamara Arciuch i Lesław Żurek w filmie "Mniejsze zło" Janusza Morgensterna

Wojciech Kałużyński

wojciech.kaluzynski@dziennik.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.