Wojna, jakiej nigdy nie było
Tylko Quentin Tarantino mógł nakręcić podobny film: bezczelny, straszny i zabawny. "Bękarty wojny" to jego najwybitniejsze dzieło od czasu "Pulp Fiction"
Gdy od czasu do czasu Tarantino nakręci taki film, jak "Bękarty wojny" albo wcześniejsza o 12 lat "Jackie Brown", krytycy chóralnie głoszą, że reżyser dojrzał, że wychodzi poza ramy gatunkowe, które sam sobie narzucił. Ale to wszystko efekty specjalne: reżyser za bardzo lubi oszukiwać widzów, a przecież kręci filmy przede wszystkim dla siebie, a dopiero w drugiej kolejności dla nas.
Tarantino wyciąga z filmowego śmietnika tandetne pomysły i gatunki, przerabia kino klasy B na zupełnie nową jakość. Obiecuje wojenne widowisko, tyle że kręci je w stylistyce spaghetti westernów. A wszystko jest żarliwym wyznaniem bezgranicznej wiary w kino, które nie może zmienić przeszłości, ale potrafi ją kształtować wedle upodobań reżysera.
Stąd w "Bękartach wojny" dowodzone przez porucznika Aldo Raine’a (Brad Pitt) fikcyjne komando żydowskich żołnierzy biorących krwawy odwet na okupujących Francję nazistach. Stąd szykowany przez Shosannę Dreyfuss (Melanie Laurent), właścicielkę paryskiego kina, zamach na niemieckich oficjeli z Hitlerem i Goebbelsem na czele. Stąd wreszcie "Łowca Żydów", esesman Hans Landa (fenomenalnie zagrany przez austriackiego aktora Christopha Waltza), wcielenie czystego zła, inteligentny i bezwzględny oficer, przywodzący na myśl Maximiliana Aue, protagonistę wybitnej powieści Jonathana Littella "Łaskawe".
To Landa jest centralną postacią filmu. Z jego rozkazu ginie rodzina Shosanny, to on zmierzy się z finałowej rozgrywce z żołnierzami Raine’a. I to Waltz trzyma film w ryzach. Dzięki niemu "Bękarty wojny" są czymś więcej niż wyłącznie nihilistyczną zabawą w krwawe kino. Znajdziemy tu oczywiście obsesyjnie wracający w filmach Tarantino motyw zemsty, ale tym razem zemsta ma wymiar globalny. I choć Tarantino jak ognia unika moralizowania i uproszczeń, nie bez powodu żołnierze Raine’a są tak samo zimnokrwistymi zabójcami jak Landa. Tyle że walczą po słusznej stronie.
Niemcy i Austriacy w Hollywood dostają niemal wyłącznie role nazistów i złoczyńców. To strasznie frustrujące. Kilka lat temu dyskutowałem na ten temat z Amerykanami, którzy przyjechali do Niemiec na festiwal filmowy. Zapytałem ich: "Czy uważacie, że nie zasługujemy na inne role? Czy może w ogóle nie powinniśmy przyjeżdżać do Hollywood?". I choć w "Bękartach wojny" gram nazistę, mam nadzieję, że ta rola pomoże zmienić taką sytuację.
Przed rozdaniem Oscarów nie zastanawiałem się, czy wygram. To nie zawody sportowe. Nikt nie da sygnału do startu. Film jest działaniem zespołowym. Zrobiliśmy go razem i było to fantastyczne przeżycie, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. To bez wątpienia najważniejsze doświadczenie w mojej dotychczasowej karierze. I nie wiem, jak potoczyłaby się ona dalej, gdybym nie poznał Quentina Tarantino. To jemu też zawdzięczam, że gram wredną postać, którą jednak widzowie polubili. Tarantino nie pisze zwyczajnych scenariuszy. On pisze filmową poezję. Wszystkie skojarzenia, jakie trafiają widzom do głowy, to nie jest zasługa aktorów, tylko reżysera.
NOT. ROBERT HAYES/IFA/ SYNDYKAT AUTORÓW
OPRAC. WP
@RY1@i02/2010/250/i02.2010.250.196.006a.001.jpg@RY2@
Jakub Demiańczuk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu