Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Spadnie śnieg w środku lata

Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Sylvain Chomet znów uwodzi. "Iluzjonista" przypomina, że sztuka animacji polega na urodzie niedopowiedzeń

Edynburg, koniec lat 50. ubiegłego wieku. Staroświecki magik Tatischeff nie nadąża za modami. Jego czas się skończył, magia przestała działać. Iluzjonista postanawia jednak raz jeszcze podjąć walkę z losem. Pakując mizerny dobytek, rusza do miejsc, w których - być może - zostanie doceniony.

Co prawda, nigdzie nie usłyszy wielkich braw, ale za to pozna podobną do niego, zagubioną w rzeczywistości dziewczynkę, dla której magiczna feeria "iluzjonisty" będzie prawdziwa. Alice wymarzy sobie, że staromodny pan odczaruje jej smutne życie. Wyczaruje szczęście.

Kino głównego nurtu przyzwyczaiło nas, że w pokazywanie bliskiej relacji dojrzałego mężczyzny i kilkunastoletniej dziewczynki zawsze, wcześniej czy później, będzie musiała wkraść się nutka perwersji. Chomet unika tego typu skojarzeń. Tatischeff jest dla Alice kimś w rodzaju dziadka. Pielęgnuje jej dojrzałość emocjonalną, a nie erotyzm.

Poznając swojego mentora, wierzy jeszcze w bajki, wydaje się jej, że wystarczy odpowiednio strzelić palcem, aby wyczarować upragniony przedmiot albo dobry los. Iluzjonista Tatischeff pozbawi jej tej pięknej, dziecinnej ułudy. Na kartce papieru napisze: "Magia nie istnieje". Alice, która w międzyczasie z brzydkiego kaczątka przemieni się w pięknego łabędzia i po raz pierwszy zakocha, zrozumie, że będzie musiała samodzielnie podejmować decyzje. Dostała od "iluzjonisty" najważniejszą lekcję: Wszyscy jesteśmy czarodziejami.

Film Chometa jest nie tylko mądry, ale także znakomicie skonstruowany i narysowany. Zwracają uwagę detale. Z pietyzmem wyrysowana atmosfera uliczek, szkockich pubów i trotuarów. Autor nominowanego do Oscara "Tria z Belleville" jest również socjologiem. Na drugim planie pokazuje, jak zmieniają się mody i rzeczywistość. Wczorajsi idole - w rodzaju Tatischeffa czy biuściastej parodii wagnerowskiej śpiewaczki, ustępują miejsca żywiołowi rocknrolla uosabianemu przez formację o nazwie Billy Boy and the Britoons. Przejmującą sceną jest występ Tatischeffa w wypełnionym szkockim pubie. To ważny wieczór dla lokalnej społeczności. Tego wieczoru ma zostać wprowadzona elektryczność. Występ iluzjonisty mieszkańcy wioski oglądają z rosnącym zniecierpliwieniem. Anemiczne oklaski uprzedzają moment, w którym po raz pierwszy zapali się sztuczne światło, zostanie uruchomiona grająca szafa. Wszyscy ruszą na parkiet. Tylko jeden Tatischeff pozostanie na swoim miejscu. Smutny, opuszczony, osobny.

Dla kinomanów podróż z Chometem ma jeszcze jeden pozawerbalny wymiar. "Iluzjonista" jest przedłużeniem filmowego życia Jacquesa Tati. To wręcz sformułowany wprost hołd dla jego kina. Chomet, który już do "Tria z Belleville" wkopiował fragmenty "Dnia świątecznego" Jacquesa Tati, dzięki córce zmarłego w 1982 roku reżysera wszedł w posiadanie autorskiego scenariusza reżysera i postanowił przenieść go do kina. Miejsce akcji zmienił z Pragi na Edynburg, ale za to nazwał tytułowego bohatera Tatischeffem (tak brzmiało prawdziwe nazwisko Tati), a w fabularny tok wplótł cytaty filmów z panem Hulot. W ten sposób oddał podwójny hołd wielkiemu magikowi kina. "Gdyby nie filmy Jacquesa Tati, nigdy nie zostałbym reżyserem" - podkreślał w niedawnym wywiadzie udzielonym kanałowi ARTE.

Sam Chomet jest zresztą postacią bardzo ciekawą i wartą poznania. Zaczynał od komiksów - sukcesem Chometa była zwłaszcza trawestacja debiutanckiej powieści Victora Hugo "Bug-Jargal" - zatytułowana "Brzydki, biedny i chory". W 1998 roku nakręcił pierwszy film - nominowaną do Oscara "Starszą panią i gołębie", dowcipną wariację o wychudzonym żandarmie, który zazdroszcząc sytym gołębiom stale dokarmianym przez tytułową starszą panią stara się wejść w ich skórę. Kolejny film Chometa, znane również z polskich ekranów "Trio z Belleville", był już międzynarodowym sukcesem, a postaci kolarza Championa, jego babci oraz tytułowego tria śpiewaków na trwałe weszły do kanonu najciekawszych postaci animowanych współczesnego kina.

Kiedy w jednej z najważniejszych scen "Iluzjonisty" Alice patrzy przez okno i uśmiecha się na widok wirującego puchu ulatującego z przypadkowo rozprutej poduszki, wydaje się jej, że to śnieg. Alice uśmiechnie się do własnego wmówienia. Śnieg może przecież padać codziennie.

@RY1@i02/2010/230/i02.2010.230.196.0025.001.jpg@RY2@

Łukasz Maciejewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.