Telewizja dokumentalnie
Na zachodnim wybrzeżu Afryki dość niespodziewanie wyrosła filmowa potęga. Od kilku lat Nigeria jest drugim krajem świata pod względem liczby produkowanych rocznie filmów fabularnych. Ustępuje jedynie Indiom, za to niemal dwukrotnie wyprzedza Stany Zjednoczone. Znakomity dokument "Babilon Nollywood" przybliża sekrety egzotycznego rynku filmowego.
15 tys. dolarów - tyle wynosi przeciętny budżet nigeryjskiej produkcji. W Hollywood dwieście razy więcej potrafią kosztować prawa do wykorzystania piosenki w filmie (za jeden z przebojów Led Zeppelin trzeba zapłacić, bagatela, 3 mln dolarów). Zysków nie da się wiarygodnie oszacować - podobno cały rynek przynosi rocznie 200 mln dolarów dochodu. Musi się opłacać, skoro Nigeria kręci ponad osiemset filmów rocznie. A mówimy o kraju, w którym praktycznie nie ma kin.
Cała produkcja Nollywood, jak nazywany jest nigeryjski przemysł filmowy, trafia od razy na rynek DVD. I to dosłownie na rynek, bo największym punktem zbytu jest gigantyczny targ w stolicy kraju Lagos. To tam rodzą się wielkie kariery i największe gwiazdy, tam dochodzi do wymiany myśli i poglądów, tam można dowiedzieć się, gdzie (czytaj: w czyim domu) będą organizowane przeglądy filmów.
Nollywoodzkie kino wydaje się mocno hermetyczne - problemy społeczne i polityczne mieszają się tam z tematyką religijną i magiczną. Ale Nigeryjczycy zdają sobie sprawę z potęgi kina i coraz częściej realizują filmy z myślą o widzach z Europy i Stanów. WP
@RY1@i02/2010/225/i02.2010.225.196.004c.001.jpg@RY2@
Zaczęła projektować ubrania, gdy była w ciąży i nie mogła znaleźć dla siebie odpowiednich miękkich sweterków. Dzianina do dziś pozostaje znakiem rozpoznawczym jej kolekcji, zaś Sonia Rykiel należy do najsłynniejszych światowych kreatorek mody.
Ze względu na swoje upodobanie do swetrów bywa nazywana królową wełnianych splotów. Pochodząca z rodziny polskich Żydów Sonia rozpoczęła karierę w latach 60., wstawiając pierwsze projekty do butiku męża. Szybko odniosła komercyjny sukces i zasłynęła z odważnych krawieckich eksperymentów. Jako pierwsza projektantka zaczęła drukować napisy na swetrach czy wyciągać szwy na wierzch ubrania.
We francuskim dokumencie z cyklu "W przeddzień", odsłaniającego kulisy pracy największych domów mody, zobaczymy przygotowania do pokazu, który odbywa się z okazji 40-lecia pracy rudowłosej projektantki. Nerwowe napięcie towarzyszące przygotowaniu wielkiego spektaklu, ostatnie poprawki, spory między temperamentną Sonią a jej córką Nathalie, która zarządza marką. "Oddałam pałeczkę, ale trzymam rękę na pulsie" - mówi projektantka. Widząc pasję, z jaką przygotowuje pokaz, łatwo w to uwierzyć. kn
Dzieci lubią misie, ale misie nie zawsze lubią dzieci. Zwłaszcza kiedy dzieci nie chcą dorosnąć. "Człowiek niedźwiedź" ("Grizzly Man"), znakomity dokument Wernera Herzoga, pokazuje, że naiwny mariaż człowieka i natury może być bardzo groźny.
Herzog nigdy nie bał się ekstremów. W kinie szukał bohaterów nieprzystosowanych, poczwarnych, szalonych albo kalekich. Byli częścią biologicznego świata, zwodniczej natury, kuszącej pięknem i bogactwem, ale zastawiającej na ludzi śmiertelną pułapkę. Do tej niespokojnej i skazanej na wieczny niepokój drużyny należy bohater "Grizzly Man" Timothy Treadwell.
Treadwell był postacią dobrze znaną nie tylko ekologom. Zasłynął jako miłośnik grizzly. Przez kilkanaście lat jeździł za niedźwiadkami, a następnie opowiadał o nich na licznych wykładach i w telewizyjnych show. Jednak w 2003 roku Treadwell razem ze swoją dziewczyną Amie Huguenard zostali zabici i częściowo zjedzeni przez grizzly w Parku Narodowym Katmai na Alasce.
Kiedy Werner Herzog uzyskał dostęp do ponad stu godzin materiału zarejestrowanego przez Treadwella, wiedział, że dysponuje czymś niezwykłym. Skorzystał z tej okazji. Z góry należy ostrzec, że dokument Herzoga nieustannie balansuje na granicy pomiędzy przyzwoleniem a etycznym odrzuceniem. Treadwell został potraktowany przez reżysera z miłością i okrucieństwem. Jakby granica pomiędzy jego autentyczną pasją a niepodważalnym szaleństwem nieustannie się zacierała. Widzimy niespełnionego aktora, który z wyższością opowiada o nieudanych castingach, niespełnionego literata, który cel i sławę odnajduje dopiero w bliskim kontakcie z niebezpieczeństwem. I zakochuje się we własnej odwadze. A kiedy zacznie się nią upajać, uwierzy także w swój mesjanizm.
Grizzly nie są miłymi pluszakami. To wielkie, ważące do 500 kilogramów drapieżniki, których pełne oswojenie jest niemożliwe. Ale Treadwell był przekonany, że jest inaczej. Nie miał broni, nadawał swoim zwierzęcym kumplom imiona, a następnie opisał wszystko w książce. A może tylko udawał? Być może całe życie Treadwella było jedną wielką pozą, aktorskim wybrykiem z bardzo smutnym finałem? Timothy w wykorzystanych przez Herzoga filmach moduluje głos, kreuje własny obraz. Wyobraża sobie siebie jako pustelnika i ascetę tworzącego część niedźwiedziej rodziny. A przecież była obok niego także Amie, zafascynowana Treadwellem dziewczyna. Być może mogła ocalić życie, ale zginęła. Na własne życzenie.
W tak gęstej od emocji, porażającej historii trudno o obiektywizm. I Herzog obiektywny z pewnością nie jest. Widać fascynację reżysera bohaterem, który usiłuje znieść granice człowieczeństwa, pozbyć się ludzkiej powłoki, ale jednocześnie jego zniecierpliwienie megalomanią, naiwnością i uporem Timothy’ego.
@RY1@i02/2010/225/i02.2010.225.196.004c.002.jpg@RY2@
ŁM
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu