Bardzo romantyczni bohaterowie
Gdzie powinna się zacząć dobra "Prosta historia o miłości"? W pociągu
Tak naprawdę to bardzo skomplikowana historia, zarówno w warstwie fabularnej, jak i w przekazie. Teza jest mglista, realizacja offowa, ale mimo to film pozytywnie wyróżnia się na tle innych polskich produkcji. Przede wszystkim ma wdzięk.
Miejsce akcji: pociąg na trasie Łódź Kaliska - Hel. Bohaterowie: kobieta i mężczyzna, scenarzyści. W trakcie podróży służbowej snują opowieść o dziewczynie i chłopaku. Zaczyna się niewinnie - od rozmowy w wąskim korytarzu w pociągu. Rodzi się romans, zaraz potem pada komenda: "Stop, powtarzamy ujęcie". To reżyser. Wiemy już, że jesteśmy na planie filmowym.
Kiedy reżyser chce kręcić kolejną scenę, okazuje się, że ekipa jest zalana w sztok. Romantyczni bohaterowie w nieromantycznej rzeczywistości do znudzenia powtarzają dubel z idiotycznym tekstem: "Pocałować cię? A może jednak nie? Jeśli tak, to kiedy?"
Jakubik łączy życie z kinem, a romans na ekranie dzieli rozstaniem w realu. W tej niby-improwizowanej stylistyce znakomicie odnajdują się aktorzy. Świetni są Magda Popławska i Rafał Maćkowiak, a Bartek Topa w roli neurotycznego reżysera z bożej łaski zagrał jedną ze swoich najlepszych ról, jednocześnie jedną z najzabawniejszych. W "Prostej historii" pojawiają się tragikomiczne sceny z planu i udające reportaż wypowiedzi twórców filmu na temat jego przesłania.
Wprawdzie niektórzy krytycy doszukują się w tej zabawie rozmaitych niezwykłości, a co odważniejsi piszą nawet o najlepszym tytule sezonu, trzeba jednak zachować zdrowy rozsądek. "Prosta historia", wykorzystując gatunkowy kostium komedii romantycznej, bywa ujmująca, ale to jedynie kolejny wariant kina w kinie.
Arkadiusza Jakubika ewidentnie fascynuje Jarmusch, a "Filmowy zawrót głowy" Toma DiCillo obejrzał z pewnością wiele razy. To dobre wzorce, warto z nich korzystać. Jednak jego film to po prostu historia o miłości do kina. Nie ma sensu szukać głębiej.
@RY1@i02/2010/225/i02.2010.225.196.029a.001.jpg@RY2@
Niewiele wskazuje na to, że doczekamy się polskiego pierwszoligowego aktora, który zagroziłby najlepszym reżyserom. Dlaczego?
Aktorzy chcą sprawdzać się po drugiej stronie kamery, bo po latach spędzonych na planie większości wydaje się, że kino nie ma przed nimi żadnych tajemnic. To dobre mniemanie na własny temat nie opuszcza ich od momentu pisania scenariusza do dnia premiery. Przejechali się na tym najlepsi z najlepszych, choćby Gustaw Holoubek, który w 1975 roku wyreżyserował archaiczną ", Mazepę", czy Ignacy Gogolewski, autor minoderyjnego "Romansu Teresy Henert" (1978) i staroświeckiego "Domu świętego Kazimierza" (1983) o Norwidzie.
Jerzy Stuhr, najciekawszy przypadek znanego aktora filmowego, który zasmakował w reżyserii, jest wymowny. Stuhr zaczynał znakomicie. Krakowski z ducha "Spis cudzołożnic" był zapowiedzią inteligentnych i świetnie zrealizowanych "Historii miłosnych". Potem było jednak coraz gorzej. Krakowski reżyser pamiętał tylko komplementy, przestał natomiast reagować na krytykę. W "Dużym zwierzęciu" obronił się jeszcze czeski klimat, ale już nie scenariusz Krzysztofa Kieślowskiego - pretekstowy, niewart odkurzenia. Natomiast zarówno publicystyczny "Tydzień z życia mężczyzny", jak i "Pogoda na jutro" oraz nieudolny "Korowód" są przykrymi dowodami artystycznego zagubienia.
Pierwsze filmy w reżyserskim dorobku Olafa Lubaszenki - "Chłopaki nie płaczą" czy "Sztos" - pomimo krytycznych ocen były nieźle nakręconymi, komercyjnymi szlagierami. Jednak najnowsze reżyserskie dzieło Lubaszenki, film "Złoty środek" z 2009 roku, pokazuje, że twórca "E = mc2", nie poszerzając zawodowych ambicji, znacząco cofnął się w umiejętnościach warsztatowych.
Flirtu z komercją próbowali także inni. Marek Kondrat skompromitował się w kryminale "Prawo ojca", w którym siermiężna intryga nie wyszła poza serię utartych schematów uwspółcześnionego easternu. Z kolei ambitna i przebojowa Krystyna Janda na własnej skórze przekonała się, że sklecenie przyzwoitego melodramatu to wcale nie jest żadna "Pestka".
Świetne role Magdy Popławskiej, Rafała Maćkowiaka i Bartka Topy w "Prostej historii o miłości" Arkadiusza Jakubika nie są wyjątkiem. Nawet w słabszym filmie reżyserowanym przez aktora obsada z reguły jest na poziomie. Jacek Borcuch po sukcesie "Tulipanów" i "Wszystko co kocham" jest coraz rzadziej kojarzony z kreacjami aktorskimi.
Jako reżyser przypomniał najpierw talent Zygmunta Malanowicza i Małgorzaty Braunek, a w "Wszystko co kocham" odkrył całą grupę młodych aktorów, którzy szturmem zdobywają rynek. Olga Frycz, Mateusz Kościukiewicz czy Kuba Gierszał, aktualną pozycję zawdzięczają przede wszystkim Borcuchowi. Mniej udały się aktorskie odkrycia Marka Bukowskiego ("blok.pl", "Sukces") oraz Bogusława Lindy, który w filmie "Jasne błękitne okna" starał się udowodnić, że Joanna Brodzik jest wybitną artystką dramatyczną.
Łukasz Maciejewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu