Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Polska razy trzy

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Kazimierz Kutz, Jerzy Stuhr i Andrzej Wajda - wystarczą nazwiska reżyserów, żeby sięgnąć po płyty DVD z kolekcji "Ale filmy"

Musieliśmy cierpliwie odczekać kilkanaście lat, żeby polskie, wielokrotnie nagradzane filmy doczekały się wreszcie premiery DVD. Lepiej późno niż wcale. Tym razem w serii "Ale filmy" ukazują się trzy interesujące tytuły - każdy z innego powodu.

"Zawrócony", autorskie dzieło Kazimierza Kutza z 1994 roku, było dla wielu kinomanów swoistym pożegnaniem z polską szkołą filmową w wydaniu munkowskim, nieromantycznym. Bohaterem filmu jest obywatel Piszczyk po latach - lojalny członek PZPR, który wskutek serii niefortunnych zbiegów okoliczności staje się beneficjentem wolnościowej opozycji. Kutz, który często powtarzał w wywiadach, że nakręcił "Zawróconego" niejako przy okazji przygotowań do monumentalnej "Śmierci jak kromki chleba", stworzył fascynujący, znakomicie zagrany - w roli głównej Zbigniew Zamachowski, w drugoplanowych: Marek Kondrat, Henryk Bista i Zofia Rysiówna - socjologicznie wiarygodny portret polskiego społeczeństwa, którego świadomość była często kwestią przypadku.

"Spis cudzołożnic" Jerzego Stuhra był z kolei jedną z najżywiej oczekiwanych premier 1994 roku. Znakomity aktor u szczytu popularności, modny pisarz Jerzy Pilch, którego powieść stała się literackim zaczynem scenariusza, wreszcie unikatowa aura inteligenckiego Krakowa - to wszystko działało na wyobraźnię. Jednak "Spis cudzołożnic", pomimo stosunkowo ciepłego przyjęcia, jest filmem udanym tylko w połowie. Tragikomiczna historia Gustawa, zakompleksionego pracownika naukowego UJ (w tej roli sam Stuhr), który dostaje polecenie oprowadzenia po Krakowie szwedzkiego humanisty, przekonuje zwłaszcza w scenach, kiedy zamiast pretensjonalnego dowcipu siłą filmu staje się niewymuszona nostalgia. Tęsknota za prywatną i zbiorową młodością, która we wspomnieniach zawsze jest najpiękniejsza.

W tym zestawie tytułem nie tyle z innej półki, ile wręcz z odległej planety, wydaje się obiektywnie nieudany, ale na swój sposób intrygujący, kompletnie dzisiaj zapomniany "Wyrok na Franciszka Kłosa" w reżyserii Andrzeja Wajdy. Podejrzewam, że wielu fanów Wajdy nigdy nie słyszało nawet o tym dziele, a mówimy przecież o filmie zrealizowanym stosunkowo niedawno, w 2000 roku. "Wyrok" był adaptacją głośnej powieści Stanisława Rebeka opowiadającej o tytułowym Kłosie (w tej roli Mirosław Baka) - Polaku współpracującym z hitlerowcami, prześladującym Żydów, donoszącym na AK-owców, przy tym postaci na swój sposób tragicznej i niejednoznacznej.

Film Wajdy, pomimo kilku niezłych ról aktorskich i udanych zdjęć autorstwa Bartka Prokopowicza, został przyjęty tak fatalnie, że omijając ekrany kin, trafił od razu do telewizji. Mimo wszystko jest propozycją szczególną, ponieważ stanowi jedyne w polskim nawiązanie do estetycznego programu Dogmy 95 proklamowanej m.in. przez Larsa von Triera i opierającej się na idei oczyszczania filmów poprzez rezygnację z efektów specjalnych i innych dodatków odciągających uwagę od istoty kina, czyli od opowiadanych historii oraz gry aktorów. O dogmie mało kto już pamięta, poroniony "Wyrok na Franciszka Kłosa" również został zapomniany, a jednak warto docenić odwagę nestora polskiego filmu, który na początku tej dekady jako jedyny próbował nawiązać bezpośredni dialog z nowym językiem kina.

@RY1@i02/2010/216/i02.2010.216.196.031a.001.jpg@RY2@

Nowsza wersja Piszczyka, czyli Zbigniew Zamachowski w "Zawróconym"

Łukasz Maciejewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.