Odtrutka na billboardy
Wystawa podsumowująca 22. Międzynarodowe Biennale Plakatu w Warszawie to obowiązkowa lektura dla wszystkich, którzy szukają odskoczni od chaosu popularnej ikonografii. A może przede wszystkim dla tych, którzy są jej bezrefleksyjnymi konsumentami
Sztuka plakatu przeżywa renesans. Ciągle pojawiają się autorzy, których twórczość sytuuje się w obrębie uniwersalnej ars, sztuki wysokiej, a nie doraźnej, komercyjnej, usługowej i powstałej na zamówienie.
Współczesny plakat nie istnieje. W przestrzeni publicznej niepodzielnie panują formy łatwiejsze w odbiorze i to one wyrażają ducha współczesności. Jej ikonograficznym wyrazem jest billboard zawierający przekaz czytelny na pierwszy rzut oka i bardziej przystający do globalnej, rozpędzonej rzeczywistości niż wymagające od widza uwagi i namysłu wizje plakacistów.
Pozornie te opinie się wykluczają, ale obie są prawdziwe.
Dowodem wystawa będąca plonem 22. Międzynarodowego Biennale Plakatu w Warszawie. Warto się wybrać do muzeum w Wilanowie, bo kolejna okazja, by zobaczyć te prace, może się już nie zdarzyć. Współczesny plakat artystyczny praktycznie zniknął z pola widzenia przeciętnego widza. Jeśli statystyczny Kowalski ma ochotę obcować dziś z dziełami tego typu, musi się wybrać do teatru, galerii, ewentualnie liczyć na hojność i poczucie smaku szefów jakiejś fundacji, która zamówi u artysty pracę na zadany temat, ale zostawi mu wolność twórczą. W innych okolicznościach plakatów w wydaniu artystów reprezentowanych na warszawskim biennale raczej nie zobaczymy (chyba że zadowolimy się reprodukcjami w internecie).
Tegoroczny konkurs miał rekordową obsadę. Zgłoszono trzy i pół tysiąca plakatów, których autorami było półtora tysiąca projektantów z 50 krajów. W szranki stanęło wiele prac niezwykle ciekawych, bezbłędnie zresztą wyłuskanych przez jurorów. Gremium nie pomyliło się, nagradzając złotym medalem Polkę Maję Wolny za "Odsłonę 7" w kategorii plakaty ideowe. Jej minimalistyczna praca przedstawia czarny kształt na zielonym tle, przypominający trumnę albo postać kobiety w czarczafie. Obrazowi towarzyszy dopisek: "Irański kodeks karny, wzorowany na modelu prawa islamskiego przewiduje w przypadku cudzołóstwa karę śmierci przez ukamienowanie lub karę chłosty". Złote medale otrzymali także Michel Quareza za "Bobigny-Forney" (plakat promujący kulturę) oraz spółkę Sagmeister Inc. (Stefan Sagmeister, Joe Shouldice, Richard The) za "Buttonfly" (plakat reklamowy).
Nagroda im. Henryka Tomaszewskiego za debiut przypadła w udziale Lee Bobowi za "Kocham Chiny", zmultiplikowany portret współtwórcy ChRL Mao Tse Tunga.
Po zwiedzeniu ekspozycji można odnieść wrażenie, że formuła imprezy jest przeżytkiem. Nawet nie chodzi o sztuczność sytuacji, w której żeby obejrzeć plakat, musimy wybrać się do muzeum. Idzie mi o społeczną rolę imprezy, która po 1989 roku uległa diametralnej zmianie.
W czasach komuny biennale było oknem na wolny świat, przez które do dusznego peerelowskiego baraku wpadał powiew świeżego powietrza. W epoce przaśnego Gomułki do Warszawy w charakterze jurorów przyjeżdżały gorące nazwiska światowej sztuki, a swoje prace do konkursu zgłaszali (i go wygrywali) tacy giganci, jak Andy Warhol, Marc Chagall czy Roy Lichtenstein. Dzięki wentylatorom, takim jak biennale, wystawa w stołecznym Arsenale, czy festiwale Jazz Jamboree oraz Jazz nad Odrą, nasza kultura nadrabiała zaległości w kontaktach z Zachodem.
Społeczny oddźwięk tych wydarzeń był więc ogromny. Każdy wyłom w zamkniętym obiegu koncesjonowanej kultury PRL dla wyposzczonej cenzorskimi zakazami publiczności był jak zastrzyk kalorii. Warszawskie biennale było autentycznie wyczekiwanym wydarzeniem, które się potem miesiącami dyskutowało. Na wystawy przychodziła cała kulturalna Warszawa. Bywanie na wernisażach - podobnie jak czytanie książek czy wizyty w teatrze - było elementem powszechnego wtedy szlachetnego snobizmu, dziś zdaje się coraz bardzie odchodzącego w niebyt.
Czasy się zmieniły. Można rzec, że już mamy wolność, nie musimy szukać jej na pokazywanych w ramach biennale afiszach zachodnich filmów lub reklam produktów z tamtej części świata. Mamy to na wyciągnięcie ręki, wystarczy iść do kina albo supermarketu. Coś jednak chyba nam umyka i pokazuje to ta tradycyjna, skomponowana tak samo jak pięć edycji temu wystawa. To sztuka, która jest grą wyobraźni i rozmową o świecie, a nie blagą obliczoną na zysk i poklask, w której celują laureaci i finaliści 22. Biennale Plakatu w Warszawie.
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.0032.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.0032.002.jpg@RY2@
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.0032.003.jpg@RY2@
Cezary Polak
Fot. Muzeum Plakatu w Warszawie
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu