Nie lubił biegać, bo to męczące
To jest moja rodzina, zarówno ta bliższa, jak i dalsza. Towarzyszyli mi podczas różnych zawodów, zanim jeszcze nazwisko "Adam Kszczot" komukolwiek coś mówiło. Jeśli ktoś uważnie oglądał halowe mistrzostwa Europy w Turynie czy mistrzostwa świata juniorów w Bydgoszczy, to mógł ich tam wypatrzyć. Kiedy tylko mogą, wspierają mnie.
Przed biegiem finałowym z trenerem zakładaliśmy nawet walkę o wyższą pozycję. Choć oczywiście trudno przewidzieć, co się zdarzy na bieżni, ile sił zostało na decydującą rozgrywkę, jak potoczy się bieg i jaką taktykę obiorą rywale. To była ruletka.
Tak było. Było to związane ze zwykłym zmęczeniem, jakie towarzyszy bieganiu. Miałem też pewne problemy z kolanami, i to było największym czynnikiem odstraszającym. Potem to przeszło i rodzice oraz mój ówczesny nauczyciel WF-u Rafał Marszałek namówili mnie do podjęcia poważnych treningów. Przeniosłem się więc do Łodzi i od tej pory pracuję z trenerem Stanisławem Jaszczakiem.
W żadnej. Pochodzę z małej wsi Konstantynów w województwie łódzkim i zawsze myślałem o tym, żeby się uczyć. Choćby z tego powodu, że moja mama jest nauczycielką i od dziecka wpajała mi, że tylko nauka gwarantuje osiągnięcie czegoś w życiu.
Jak każdy dzieciak grałem w piłkę, trochę uczęszczałem też na SKS-y, i było to stricte związane z lekkoatletyką. Pod koniec podstawówki i na początku gimnazjum zaczęły się pierwsze starty w biegach przełajowych, potem zmagania na spartakiadach uczelnianych. I tak zostało do dziś.
Na moim poziomie dużych pieniędzy nie ma. Są to pieniądze, które w zupełności wystarczają na samodzielne życie, i mi tak naprawdę więcej nie potrzeba. Oczywiście mam nadzieję, że tych dużych mityngów z moim udziałem będzie jak najwięcej, że będę mógł rozwijać swój talent. Zobaczymy, co przyniesie ten rok, bo on może być przełomowy.
Nigdy nie mówiłem, że liczę na złoto. Na turniejach zawsze głównym założeniem jest dostać się do finału. Było wiele przypadków, że nie udawało się to nawet faworytom, a wtedy wszystko się kończy i całe mozolne przygotowania są pod kreską. Jeśli dopisze zdrowie i wszystkie inne elementy mające wpływ na formę, to na pewno będę walczyć o finał. A co wydarzy się w finale, o tym przekonamy się już niedługo.
Zawsze się udawało, razem z trenerem mieliśmy to dopracowane i wierzę, że teraz także nie będzie z tym problemu. Tym bardziej że tegoroczny trening wysokogórski w RPA przyniósł znakomite rezultaty. Pierwszy występ w sezonie, i od razu rekord życiowy poprawiony o pół sekundy, co jest ogromnym wyczynem, z którego jestem bardzo dumny. Mam nadzieję, że tak samo będzie się dla mnie toczyła druga część sezonu - ta na otwartym stadionie.
Dwustumetrowa bieżnia jest trudniejsza. Mimo że jest na deskach, to trzeba pokonać na niej więcej łuków, a każdy z nich absorbuje pewną ilość energii. Trzeba więcej siły włożyć w to, żeby utrzymać określoną prędkość. To odczuwa się po przekroczeniu połowy dystansu, a nawet po przebiegnięciu 600 metrów. Na stadionie otwartym te łuki są sporo większe i nie trzeba marnować aż tylu sił na ich pokonanie. Myślę, że wszyscy biegacze wolą otwarty stadion, ale mimo to lubię też biegać w hali. Zresztą, jak widać, służy mi to.
@RY1@i02/2010/053/i02.2010.053.000.017a.001.jpg@RY2@
Fot. AFP
Adam Kszczot: w Dausze finał biegu na 800 metrów był prawdziwą ruletką
współpraca mm
2 września skończy 20 lat. Młodzieżowy mistrz Europy (2009), brązowy medalista halowych mistrzostw świata (2010) i mistrzostw Europy juniorów (2007) w biegu na 800 m. Przed wyjazdem do Dauhy zaliczył sesję na Politechnice Łódzkiej, gdzie studiuje organizację i zarządzanie
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu