Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Stinga nie mogę zignorować

29 czerwca 2018

Po wydaniu dwa lata temu "Here and Gone" czułem niedosyt i postanowiłem wrócić do korzeni. Kiedy świadomie zacząłem słuchać muzyki, królował blues Raya Charlesa czy wczesny rocknroll spod znaku Richarda i Fatsa Domino. Przed nagraniem "Here and Gone" wpadł mi w ręce stary album "After Hours", na którym grał fantastyczny saksofonista altowy Hank Crawford przez długi czas współpracujący z Rayem Charlesem. Pomyślałem, że chcę znowu poczuć ten klimat. "Only Everything" jest świadomą kontynuacją tego brzmienia. I powrotem do czasów, kiedy jako 14-latek grałem w St Louis z takimi artystami jak Albert King czy Little Milton.

Czuję z nią muzyczne porozumienie. Ta dziewczyna ma "starą soulową duszę". We Wrocławiu nikt nie będzie śpiewał, ale przywiozę do Polski Joeya DeFrancesco, który zagra na organach, i perkusistę Genea Lakea. Na pewno wybrzmią kompozycje z dwóch ostatnich płyt i być może coś z dawnych lat, kiedy grałem z grupą Paul Butterfields Band. To z nią występowałem na festiwalu w Woodstock.

Nie mówię o sobie - "muzyk jazzowy", tylko zwyczajnie "muzyk". I to chyba jest najlepsza odpowiedź na pani pytanie. Nie interesuje mnie to, do jakiej szufladki ktoś wrzuca moje dźwięki. Po prostu robię to, co w danym momencie czuję, i nie jest to nigdy, wbrew temu, co sądzą niektórzy, wynik przemyślanej strategii marketingowej. Po prostu jestem fanem dobrej muzyki. I jeśli tacy artyści jak Sting czy Stevie Wonder zapraszają mnie do współpracy, nie mogę odmówić. Więc z jednej strony nagrałem, wspomnianą płytę "Pearls" z tuzami jazzu - basistami Marcusem Millerem czy Christianem McBridem, a z drugiej byłem gospodarzem muzycznego programu w telewizji NBC "Night Music", gdzie wspólny występ mieli np. Sonny Rollins i Leonard Cohen. Niesamowite połączenie. Szkoda, że trwało to tylko rok (w latach 1988 - 1989). Marzę o poprowadzeniu podobnego programu, w którym artyści reprezentujący różne gatunki muzyczne graliby razem, a może nawet urządzali wspólne jam sessions.

Mam nadzieję, że tak. Największe emocje wzbudza przecież kawał dobrego, żywego grania. Dobrym przykładem jest zespół U2. Wystarczy spojrzeć na ich zarobki - ludzie wciąż chcą oglądać koncerty.

Chyba miałem szczęście... Gdyby nie David Bowie, pewnie nie nagrałbym debiutanckiej płyty "Taking Off" (1975). Byłem z Davidem w trasie - promowaliśmy jego płytę "Dogs". Właściwie nie bardzo miałem ochotę wybierać się znów na koncerty, ale Bowie mnie namówił. No i przekonał mnie skład muzyków z Dougiem Rauchem, który był basistą Carlosa Santany. Ówczesny szef Warnera - Mo Ostin - był znajomym Johna Corta, producenta płyt zespołu Paul Butterfields Band. John poprosił Ostina, żeby posłuchał, jak gram, a temu się na tyle spodobało, że podpisał ze mną kontrakt. To były dobre czasy dla instrumentalistów w tej wytwórni - wcześniej podpisali kontrakty m.in. z gitarzystą Georgeem Bensonem i basistą Vitousem.

@RY1@i02/2010/044/i02.2010.044.000.016b.001.jpg@RY2@

Fot. L. Goldsmith/Big Hassle

David Sanborn

(ur. 1946), jeden z najpopularniejszych saksofonistów na świecie. Wydał ponad 20 solowych płyt. Drugie tyle nagrał z innymi artystami. Laureat nagród Grammy, m.in. za płyty "Voyeur" (1982) czy "Double Vision" (1986)

Swój ostatni krążek " będzie promować na wrocławskim festiwalu Jazz nad Odrą - koncert w piatek 5 marca w hali Wytwórni Filmów Fabularnych (ul. Wystawowa 1)

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.