Miejsca na szczycie było dużo, ale na końcu nie było komu iść
Przed wyjazdem z Polski trzymaliśmy kciuki, żeby się udało. To był trochę skok na główkę: pierwsza zimowa wyprawa w Himalaje
Twardy dysk z Everestem. W każdym z 20 uczestników wyprawy jest pełno Everestu. Po prostu. Z Krzysztofem Wielickim moglibyśmy odtworzyć ją właściwie dzień po dniu, na pewno te kilka dni przed wejściem na szczyt, które spędziliśmy tylko we dwóch. To jest coś, co się zapisało w głowie na resztę życia.
Wiedzieliśmy, że mamy szanse, ale to był trochę skok na główkę: pierwsza polska wyprawa zimowa w Himalaje, pierwsza na Everest. Nie mieliśmy pojęcia, jak tam jest. Owszem, wcześniej Polacy wspinali się w podobnych warunkach w 1974 r. na Lhotse, ale to nie była do końca zimowa wyprawa, raczej późnojesienna. Po prostu chłopcy przedłużyli pobyt. I wycofali się z wysokości 8200 metrów. Dlatego Everest był trochę zagadką.
Większość nie pojechała na zimowy Everest, co już mogło nam dać do myślenia (śmiech). Z tych, którzy już widzieli tę zimę z bliska, byli z nami tylko Ryszard Szafirski, Andrzej Zawada i Andrzej Heinrich. Cała reszta wolała się wspinać latem. Zawada opowiadał, że sukcesem będzie wyjście z namiotu.
Ale miałem 23 lata, kiedy jechałem na pierwszą wyprawę. Ta na Everest była już piąta! W 1974 r. byłem na szczycie Shispare. To było 7500 metrów. Potem zdążyłem być na ośmiotysięcznych Gasherbrumach, pod K2, na Makalu. Obaj z Krzyśkiem wspinaliśmy się już ponad 10 lat.
Byliśmy młodzi, fakt. Ale w tamtym czasie, pod koniec lat 70., spotkały się w Himalajach trzy polskie pokolenia alpinistów. Ludzi, którzy wcześniej nie mogli jeździć w tak egzotyczne rejony, bo ich po prostu nie puszczano. Nie było ani paszportów, ani pieniędzy. I nagle system poluzował. Punkt zwrotny i początek nowego polskiego himalaizmu to 1971 r. i wejście na Kunyang Chhish, wtedy najwyższy na świecie dziewiczy masyw górski. Ponad 7800 metrów.
Po Kunyang Chhish worek się rozpruł. Na te same wyprawy jeździli alpiniści, którzy zaczynali się wspinać jeszcze przed wojną, ci, którzy zaczynali po 1945 r., i moje pokolenie, które stawiało pierwsze kroki w latach 70. Na Evereście starszakami byli Andrzej Zawada, Ryszard Szafirski i Kazimierz Olech. Najmłodsi byliśmy my z Wielickim, Alkiem Lwowem i Marianem Piekutowskim.
Nie. Na tej wyprawie każdy zrobił tyle, ile mógł, ile chciał, ile był w stanie. Na ile mu pozwolił los. Nie było ani jednej decyzji Andrzeja Zawady, kierownika, żeby ktoś chciał iść do góry, a on mówił: "Nie, nie, teraz nie ma miejsca, musisz w kolejce poczekać trzy dni". Andrzej raczej nas pchał do góry. Krzysio Wielicki ładnie podsumował tę wyprawę: miejsca na szczycie było od cholery, tylko na końcu już nie było komu iść.
12 lutego, po zejściu z obozu IV, nocowaliśmy z Krzyśkiem w innych namiotach. Każdy z nas ze swoim partnerem. I wieczorem zasypialiśmy z wiedzą, że rano całą czwórką schodzimy na dół. I Krzysztof, i ja obudziliśmy się nad ranem z tą samą myślą: "To ostatnia szansa". Wystawiamy głowy z namiotów, nasi partnerzy już ubrani, gotowi do zejścia. Patrzymy na siebie: "Zostajesz?". "Zostaję". I tyle.
Wiedzieliśmy, że jak zejdziemy do bazy, to nie zdążymy podejść. Obaj byliśmy w dobrej formie, w świetnej kondycji, głodni sukcesu. Miałem za sobą nieudaną wyprawę na K2, dwa lata wcześniej była wyprawa na Makalu, na której zginął mój partner Andrzej Młynarczyk. Uznałem: do diabła, trzecia wyprawa z rzędu, jak się nie uda, to bez sensu.
Krzysztof z kolei dostał się na wyprawę z listy rezerwowej, w ostatniej chwili, nie miał nic do stracenia. Uznał, że to jest jedyna szansa polskiego wejścia na Everest.
Ale Wanda była na wyprawie, której nie organizowali Polacy. Weszliśmy 17 lutego - minus 42 stopnie, ogromne nawisy. Krzysiek się poodmrażał. Na szczycie zrobiliśmy tylko jedno zdjęcie, bo nam certo, aparaty enerdowskie, wysiadły. Małe, plastikowe takie, ciut lepsze od smieny. Tylko nieodporne. Zamarzły im migawki. Koledzy co prawda mieli lepsze aparaty, ale nie zaryzykowali, żeby pożyczyć. Ze szczytu połączyliśmy się z bazą. Radość ogromna.
To były rzeczy wtórne, bez znaczenia. Ale rzeczywiście, było zamieszanie związane z pozwoleniem na wejście. Bo oficjalnie mogliśmy zdobywać Everest od grudnia do końca lutego. Na miejscu Szerpowie poprosili o skrócenie wyprawy, żeby mogli zdążyć do domu. Więc skróciliśmy do 15 lutego. Potem powstała legenda, że trzeba było rzekomo dotargować dwa dni.
To formalności - i tak wchodziliśmy w lutym, czyli zimą. Ale na zjeździe Międzynarodowej Federacji Związków Alpinistycznych przyczepił się do tego Reinhold Messner: Polacy weszli bez zezwolenia! Pięknie rozegrał to Józef Nyka, który był delegatem na tym zjeździe. Mówi: "Reinhold, masz rację! Co jest zimą, a co nie, powinny decydować władze". Messner: "No właśnie". A Nyka na to pokazał mu nasze pozwolenie. Do końca lutego. I Messnerowi opadła szczęka.
Ministerstwo turystyki Nepalu nałożyło restrykcje na łączność przez naszą radiostację. To oni mieli wiedzieć pierwsi o wejściu na Everest. Ale mimo że próbowaliśmy przytrzymać tę informację, moja żona dowiedziała się o wejściu nie od PZA, tylko od obcych ludzi. Bo jak polscy radioamatorzy dowiedzieli się, że jest codzienna łączność bazy z Polską, zaczęli szukać w eterze częstotliwości. I znaleźli. Nie słyszeli nas, bo mieliśmy za słabe radiostacje, ale słyszeli, co mówi baza. Ktoś obcy zadzwonił do żony: czy pani wie, że im się udało, że byli na szczycie? Do tego w Nepalu był dzień wolny od pracy, więc wiadomość, zamiast dotrzeć do urzędników, poszła do agencji prasowych. Urzędnicy mieli do nas pretensje.
Ten miał dwa powody. Po pierwsze Zawada spod Everestu nadał depeszę o zdobyciu góry do Polskiego Związku Alpinizmu. Ci pytają: do kogo mamy posłać dalej? A Zawada na to: a od papieża do pierwszego sekretarza!
To była niedziela. Następnego dnia sekretarka PZA Hania Wiktorowska poszła na pocztę i podyktowała depeszę - i do Watykanu, i do KC. I po pierwsze oczywiście ktoś doniósł, a po drugie Jan Paweł II wysłał nam gratulacje. Na dokładkę na szczycie zostawiliśmy różaniec od matki Staszka Latałły, który zginął kilka lat wcześniej na Lhotse. Więc choć mieliśmy umówione spotkanie i powitanie Gierka na lotnisku, to pierwszy sekretarz się nie pojawił.
Chyba pierwszy i ostatni raz tak czczono sukces w górach. Na lotnisku mnóstwo ludzi. Sami czuliśmy, że to historyczna wyprawa. Bo pierwsza polska, bo zima, bo Everest. Ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że cała Polska śledziła to, co robiliśmy w Himalajach. Mieliśmy codziennie łączność z Polską. Warszawskie popołudniówki donosiły, co dziś Polacy zrobili na Evereście, kto przeniósł namiot z obozu do obozu, jaka jest pogoda. To było niesamowite. Ludzie obstawiali: wejdą czy nie wejdą? Potem ten fenomen powtórzyła dopiero polska wyprawa z telefonami satelitarnymi, czyli zimowa wyprawa na K2 w 2004 r.
Telewizja nas pokazała, gazety, w tramwaju starsza pani wzięła mnie za guzik: panie Leszku, czy mogę pana chociaż dotknąć? Nieprawdopodobne. Niech się pan nie śmieje, my też wierzyliśmy, że tym wejściem zrobiliśmy coś dla Polski. To dzisiaj może nawet śmiesznie brzmi.
W ministerstwie mieli nam wręczyć jakieś medale, krzyże kawalerskie, oczywiście już ich nie było. Władza się zbiesiła, dała nam pięć talonów na samochody na 20 osób. Oczywiście talon trzeba było wykupić. No, ale udało się i koniec końców miałem malucha w kolorze sahara.
Tak. Bo mnie nie interesuje tylko czysta wspinaczka. Ciekawi mnie psychologia działania grupy. Gdzie powstaje konflikt? Jak go rozwiązać? Dziś, kiedy wyjeżdżam na Kilimandżaro z zupełnie obcymi ludźmi, patrzę, jak ich można motywować, integrować. To jest ciekawe: zamknięta społeczność, zdana sama na siebie, nie można wyjść z tego układu, a jednocześnie trudno być w środku. Ludzie próbują różnie działać. Ale to się daje opanować.
Złoty okres polskiego himalaizmu trwał od 1971 do 1995 r. Wtedy Krzysiek zdobywa Nanga Parbat samodzielnie, kończy swoją Koronę Himalajów. Potem trudno jest znaleźć w Himalajach przejście, które by nawet nie przewyższało, ale dorównywało wcześniejszym osiągnięciom.
Narodowy styl sprawdzał się w dużych wyprawach na trudne szczyty, na nowe drogi. A równolegle rozwinął się styl szybkich, sportowych wejść: Wojtek Kurtyka, Wielicki, Jurek Kukuczka. I powstało kilka niesamowitych dróg. Ale do dziś poważne problemy nie dają się rozwiązać małym zespołem, bo to jest straszliwie ryzykowne.
Do tego doszedł splot okoliczności: w 1989 r. lawina pod Mount Everestem zabrała czołówkę polskich wspinaczy, Kukuczka zginął niedługo potem. A alpiniści byli aktywnymi ludźmi. W Polsce zaczęły się dziać ciekawe rzeczy. Wielu ludzi się zaangażowało w to, co się działo, wielu ludzi założyło biznesy.
Świat się zmienił. Eksploracyjny moment w historii alpinizmu po prostu się kończy. Wszystkie wysokie szczyty są już zdobyte. Niedostępne rejony otworzone. Na pewno ważnym celem jest pięć ośmiotysięczników niezdobytych zimą. K2, Broad Peak, Gasherbrum I, Gasherbrum II i Nanga Parbat. Może jakiś przełom przyniesie nowoczesny sprzęt? Coś, co by pozwoliło w lepszy sposób utrzymywać ciepło. W końcu są już kurtki podgrzewane bateriami.
Generalnie na świecie alpinizm stał się mniej atrakcyjny. Jakaś jego gałąź poszła w kierunku turystyki wysokogórskiej, skupionej tylko na kilku szczytach - Gasherbrumie I w Karakorum, Cho Oyu w Nepalu i Evereście jako ten najwyższy. Pozostałe szczyty są znacznie mniej oblężone niż wcześniej.
W PRL jako asystent na uczelni zarabiałem osiem dolarów. Wyprawa kosztowała tysiące. Tu M-3, meblościanka Wyszków, a w Himalajach największe sukcesy. Na wyprawy pieniądze trzeba było kombinować. Sklepy w Katmandu nabite były polskim towarem: zupami w proszku, konserwami, kremami Nivea, tandetą sportową.
Na żelazkach i kryształach zarobiłoby się zbyt małe pieniądze. To się robiło inaczej. Jeżeli potrzeba było 20 namiotów, to się przywoziło 40. To samo z kurtkami puchowymi. Lin brało się też drugie tyle, ile było potrzeba. Nepal nic nie produkował, a już zaczynała się tam rozwijać turystyka. Więc mogli wchłonąć dowolne ilości sprzętu. To nie szło do naszych kieszeni, tylko do kasy wyprawy.
Przed wyjazdem wszystko zamawiane było centralnie, za dewizy. Z polskiego sprzętu na szczęście były ubrania puchowe. Mieliśmy już nabłyszczany nylon, można z niego było szyć dobre kurtki. Polski puch do tej pory jest bardzo dobry. To dawało nam jakąś sprzętową podstawę.
Bo to był jedyny namiot goreteksowy. Luksusowy. Obiecaliśmy, że go zniesiemy - to znieśliśmy.
Kiedy upadał socjalizm, ciągle pracowałem na uczelni. W 1989 r. wyjechałem na kontrakt i już nie wróciłem. Poszedłem do bankowości. Zaczynałem jako stażysta, po półtora roku zostałem dyrektorem departamentu, a po następnym roku dyrektorem oddziału.
Przez dwie kadencje byłem wiceprezesem w Banku Współpracy Europejskiej, potem wiceprezesem i dyrektorem ds. finansowych w kilku korporacjach.
Gdzieś po drodze zacząłem organizować wyjazdy, które mają jakieś elementy wspinaczki: Kilimandżaro, McKinley, góry Ruwenzori, Grenlandia. A teraz jestem partnerem w firmie eventowej. Teraz robię to, co lubię. I nie tylko na względnie łatwym Kilimandżaro. To mi pozwala być tam, gdzie pewnie jako zawodowy wspinacz bym nie jeździł, bo to są za małe góry. Ale bardzo ciekawe.
Ponieważ mieszkam pod Warszawą, biegam po lesie. Na tych wszystkich wyjazdach jestem najstarszy, ale jeszcze żaden trzydziestolatek mi nie dołożył.
A Everest? Trzy razy byłem w bazie pod szczytem. Dwa tygodnie pięknego trekkingu.
Każdego sezonu zostaje wprowadzonych tam kilkudziesięciu klientów, którzy za pieniądze mają ułatwioną drogę na szczyt. Prowadzą przewodnicy, Szerpowie poręczują drogę, rozstawiają obozy. Kwitnie handel: za zaporęczowanie można zapłacić, tak samo jak za dodatkową butlę z tlenem. Może to pocieszające, że nikt nikogo na Everest jeszcze nie wnosi? Tak, to jest komercja i nie mam nic przeciwko temu. No bo kto miałby decydować o tym, kto może wejść na Everest, a kto nie? Nie należy ludziom zabraniać marzeń. A że niektórzy giną? Taka jest cena marzeń.
Sporą część zdobywców stanowią klienci komercyjni - opłacają przewodnika, który pomaga im wejść na szczyt i zejść z niego. Za samo zezwolenie na zdobycie Everestu trzeba wpłacić urzędom w Nepalu 70 tys. dol. (za grupę do siedmiu osób). W agencjach turystycznych miejsce w wyprawie bez gwarancji zdobycia szczytu to 60 - 65 tys. dol. Klientów pomagają wprowadzać Szerpowie, którzy taszczą sprzęt i butle z tlenem. Można mieć do dyspozycji osobistego Szerpę albo wybrać jednego opiekuna na kilku uczestników. Można korzystać z jednej butli tlenu lub mieć je bez ograniczeń. Wszystko zależy od kwoty, jaką dysponuje klient.
W bazie, słynnym Base Camp pod Mount Everestem, w sezonie panuje ścisk: stłoczone w jednym miejscu stoi nawet 300 namiotów. W zaimprowizowanych knajpach obok bazy można kupić drinka, połączyć się przez telefon satelitarny z rodziną i skorzystać z internetu.
W środku sezonu na Evereście zdarzają się kłótnie między wyprawami o to, kto ma pójść jaką trasą i do kogo należą liny poręczowe. Kilka lat temu, żeby uniknąć kolejek, osadzono na wysokości ponad 7 tys. metrów nity, do których zamocowano liny.
W 2006 r. pod Everestem nakręcono reality show Discovery Channel "Everest: Beyond the Limit" (Everest: Przekraczając granice). Szerpom towarzyszącym klientom zamontowano na kaskach kamery. W gronie bohaterów znalazł się m.in. astmatyk wspinający się bez tlenu i człowiek chodzący na protezach.
Co roku góra pochłania kilka istnień ludzkich. Najgorszy był rok 1996, kiedy zginęło 19 osób, w tym członkowie wypraw komercyjnych. Statystycznie ginie co 15. osoba zmierzająca na szczyt.
@RY1@i02/2010/035/i02.2010.035.186.0008.001.jpg@RY2@
Fot. Bogdan Jankowski/Forum
Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy w bazie pod Everestem, tuż po zejściu z góry, luty 1980 r.
alpinista. Wraz z Krzysztofem Wielickim jako pierwszy człowiek na świecie osiągnął wierzchołek Mount Everestu zimą
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu