Wszystko dla Justysi
Trener polskiej królowej nart jest tytanem pracy
Jego pracowitość czasem mnie denerwuje. Można pracować, ale jakieś momenty wytchnienia też są człowiekowi potrzebne. Kiedyś byłam z nim na zgrupowaniu na lodowcu w Austrii. Mąż dał zadanie biatlonistom: Sikora tu, Ziemianin tam, Urbaniak tam. Chłopcy pobiegli w cholerę daleko, mówię więc: może wypijemy kawkę? A on na to: a ty co? Przecież jestem w pracy! Pięciu minut dla mnie nie miał, tylko siedział w swoich notatkach. Od tamtej pory nie jeżdżę z nim, bo co to za wakacje? Dla niego praca to hobby - mówi Barbara Piątkowska, żona Aleksandera Wierietielnego, prorektor jednej z wałbrzyskich uczelni.
Ten 63-letni Białorusin z polskim obywatelstwem to trener najlepszej polskiej sportsmenki ubiegłego roku i największej nadziei olimpijskiej. Szef jednoosobowej kadry A, na potrzeby której pracuje kilkuosobowy team. Dysponent milionowego budżetu przeznaczonego na przygotowania do Vancouver.
O jego pracowitości i determinacji krążą legendy. - Dawniej był kierowcą, serwisantem i trenerem w jednej osobie. Pracował od 5 do 21. Kiedyś przypłacił to zdrowiem, miał zapaść i wylądował w szpitalu - opowiada Apoloniusz Tajner, prezes Polskiego Związku Narciarskiego. Teraz Wierietielny ma do pomocy kilku serwismenów, ale nadal co tylko może, robi sam. Kilka dni temu team przemieszczał się z włoskiego Val di Fiemme do estońskiej Otepaa. - Justyna poleciała samolotem, a on ruszył samochodem, choć droga pewnie zajęła mu ze dwa dni. Gdyby tylko chciał, też mógł lecieć, pieniędzy jest dość. Najwyraźniej jednak sam chciał dopilnować sprzętu - dodaje Tajner, formalnie przełożony Wierietielnego.
Eugeniusz Pietrasik, były szef misji olimpijskiej, który zmarł na atak serca na otwarciu igrzysk w Atlancie, zwykł mówić, że wyniki są, kiedy trener oddaje zawodnikom całą swoją energię. - Wierzę w to - mówi Aleksander Wierietielny i pracuje w myśl tej zasady. Dwie dekady temu niemal od zera zbudował w Polsce biatlon, doprowadzając do tytułu mistrza świata Tomasza Sikorę, potem to samo zrobił w narciarstwie biegowym.
Równie legendarny jest upór szkoleniowca. - Jest bezkompromisowy w oczekiwaniach, a nawet konfliktowy. Ma być albo tak, albo nie. Jak jest nie, to od razu podnosi krzyk - skarży się Tajner. - Czy to woda sodowa? Nie, po prostu zdaje sobie sprawę, że pracuje z najlepszą obecnie zawodniczką na świecie. Zresztą przeczuwał już wcześniej, że Justyna ma taki potencjał.
Pracowitość i upór to również dwie główne cechy Justyny Kowalczyk. - Dobrali się, to doskonały team. Pracoholicy. Kochają ciężką pracę. Ona uwielbia to, co robi, a on widząc, że ma taką dziewuchę, i w dodatku idą za tym sukcesy, tym bardziej się angażuje - mówi Piątkowska.
Trener i jego zawodniczka przebywają razem 300 dni w roku. Trenują nawet po osiem godzin dziennie. Na potrzeby swojej podopiecznej zaadaptował starą rosyjską metodę: zawodnik biegnie na rolkach, a dla zwiększenia obciążenia ciągnie za sobą wielką oponę od traktora. Z tym, że w Rosji w ten sposób trenują mężczyźni. Uchodzi też za mistrza motywacji. - Nie pytają o psychologa, więc widocznie trener zapewnia opiekę nad zawodniczką i w tym zakresie - przyznaje Tajner.
Jego życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej. Urodził się w 1947 roku w Parkkala-Udd, fińskiej miejscowości zajętej wówczas przez ZSRR. Jego rodzice byli z pochodzenia Białorusinami. Kiedy Sowieci musieli wycofać się z Finlandii, cała rodzina została przesiedlona do kazachskiej wsi Gałkino. Jako dziecko jeździł na nartach i polował z dubeltówką. Nic dziwnego, że z czasem pokochał biatlon. Choć najpierw trenował biegi narciarskie, to do reprezentacji republiki awansował, kiedy do nart dodał karabin. W wojsku był kierowcą czołgu. Potem studiował w Ałma Acie. Tak mu się spodobało, że postanowił zrobić także doktorat. To dzięki temu dzisiaj jest w Polsce.
W Moskwie uczyła się wtedy grupa polskich studentów, między innymi Marek Adam, dzisiaj trener kadry polskich judoków. Wierietielny zamieszkał z nim w jednym pokoju. - Lubiliśmy się. Jako kolega to wyjątkowo sympatyczny człowiek, czego nie widać w kontaktach zawodowych. Zawsze chodził nietypowo ubrany: garnitur, świeża koszula, wszystko wyprasowane. Nie pasował do schematu Rosjanina, nie ciągnęło go do kielicha, za dziewczynami też nie biegał. Bardzo spokojny, wyważony - wspomina Adam. Polska kolonia trzymała się razem, a Wierietielny wraz z nią. - Basia wpadła mu w oko i zabrał się za nią. Z dobrym skutkiem - śmieje się Adam. - To wesoła, sympatyczna i czupurna kobieta, wszystko lubi poukładać po swojemu. Ale Aleksander na pewno nie daje się spacyfikować - dodaje.
- Powiedział sobie: będziesz moja. Nawet polskiego zaczął się dla mnie uczyć. Zaatakował lewą flanką już pierwszego dnia po moim przyjeździe do Moskwy. Zaczęło się od tego, że pomógł mi wnieść walizki na 9. piętro. W podzięce dałam mu kasztany, które przywiozłam z Polski - opowiada Barbara Piątkowska. - W 1980 roku przyjechał do Polski, kiedy w Moskwie trwała olimpiada. Byliśmy w Zakopanem, gdzie zaprosiłam go na swoje urodziny, i tam mi się oświadczył. Ślub odbył się rok później w Moskwie. Kiedy jednak w 1983 roku skończyłam studia, to powiedziałam: ja tu w życiu nie zostanę. I wyjechałam.
Z przyjazdem męża było trochę kłopotów, ZSRR niechętnie wypuszczał za granicę swoich obywateli, zwłaszcza tych najlepiej wykształconych. - Mówili nam: zostańcie tutaj. Ja im na to: zostaniemy, jak dacie mieszkanie. Ale wie pan, jak wtedy żyli ludzie w komunalnych mieszkaniach w Moskwie? Pięć rodzin i jedna kuchnia. Wcześniej więc wywiozłam wszystkie rzeczy męża, a on dołączył do mnie, jak tylko dostał pozwolenie - wspomina pani Barbara.
Początki w Polsce nie były łatwe. - Jako perfekcjonista nie mógł się realizować w pracy naukowej. Wykształcony, doktor, ale kaleka językowa. Stwierdził, że w Gorzowie mieszkać nie może. Ani tam narciarstwa, ani biatlonu. Poza tym obiecali nam mieszkanie, a ciągle żyliśmy w hotelu asystenckim. Mieliśmy tego dość. Zadzwoniłam więc do pana Mariana Turczyna z Polskiego Związku Biatlonu i w ten sposób mąż dostał pracę w Górniku Wałbrzych. Wiedziałam, że tylko w tym będzie się czuł dobrze. Otrzymaliśmy mieszkanie, dodatkowo mąż został zatrudniony na etacie górnika. No i nastąpiła cudowna odmiana. Od razu wziął się do roboty. Usypał górkę, żeby była strzelnica, a niedługo potem powstała słynna drużyna biatlonowa Górnika Wałbrzych.
Dzięki wynikom jego podopiecznych w 1987 roku dostał nominację na trenera kadry narodowej. Pięć lat później polscy biatloniści po raz pierwszy od kilkunastu lat uzyskali minima olimpijskie. W 1995 roku Tomasz Sikora został pierwszym polskim mistrzem świata w tej dyscyplinie sportu, w 1997 sztafeta wywalczyła brąz.
Mimo to w 1998 roku po igrzyskach w Nagano został zwolniony. Wcześniej otwarcie skrytykował ówczesnego prezesa związku Krzysztofa Lewickiego za to, że zamiast przeznaczyć pieniądze na potrzeby kadry, wydaje je na wycieczki dla działaczy. Sprzeciwił się też naciskom, aby nie powoływać do kadry zawodników Legii Zakopane. Uważał, że są mu oni niezbędni. Nie wstawili się za nim nawet jego wychowankowie. - Mocno to przeżył - opowiada Piątkowska. - Ponad rok nie miał pracy. Uczył się angielskiego, mówił, że może wyjedzie do pracy gdzieś za granicę.
Dziś Lewickiego nie ma już w polskim sporcie. Minister Tomasz Lipiec zarzucił mu niegospodarność w sprzedaży ośrodka w Jakuszycach i prezes został odwołany. Dziś w PZBiat nikt nie ma pojęcia, gdzie jest i co robi. Zniknął. A Wierietielny wrócił.
Ona deklaruje, że wszystko zawdzięcza Wierietielnemu. - Nie wyobrażam sobie współpracy z kimś innym. Gdyby nasze drogi się rozeszły, nie widziałabym sensu w dalszym uprawianiu sportu - twierdzi Kowalczyk. - Wykonuję jego polecenia i na razie świetnie na tym wychodzę.
Wie, co mówi. Pod jego opieką zdobyła dwa złote medale ubiegłorocznych mistrzostw świata, jeden brązowy, Puchar Świata, brązowy medal igrzysk olimpijskich w Turynie. W tym sezonie Polka jest liderką rywalizacji o Kryształową Kulę (nagrodę za zwycięstwo PŚ) i największą faworytką do triumfów w Vancouver.
On nie mówi o niej inaczej niż Justysia. Traktuje jak drugą córkę. Ta prawdziwa, 21-letnia Matylda, jest o to zazdrosna. - Denerwuje się, gdy czyta takie wypowiedzi w gazetach. Jak tata może mnie porównywać z Justyną - złości się czasem. Aż powiedziałam mu, że córkę to ma jedną - opowiada Piątkowska.
- Na długo przed tym, jak Justyna została gwiazdą, byłam kilka razy z nią na zgrupowaniu, nawet mieszkałyśmy w jednym pokoju. Na początku miałyśmy dobry kontakt, ale potem jakoś się urwał - mówi Matylda. - Kiedyś zapytałam ojca, czy może nie powinnam spróbować narciarstwa. Odpowiedział: nie ładuj się w to. Wiedział, z jak ciężką pracą się to wiąże.
Zapytana, jakim ojcem jest Aleksander Wierietielny, tylko się uśmiecha. - W tym temacie nie mam za dużo do powiedzenia, bo prawie nigdy go nie było w domu. Jak byłam mała, to był płacz, przytulanie się i takie rzeczy, kiedy znowu gdzieś wyjeżdżał - mówi. - W domu jest raczej spokojny. Jeśli ktoś się kłócił, to ja z mamą o jakieś drobiazgi. Tata albo nas wtedy wyśmiewał, albo mówił: dziewczyny, uspokójcie się. Trzeba bardzo mocno się postarać, aby wyprowadzić go z równowagi. Choć niektórym się udaje. Na igrzyskach w Turynie tata wyskoczył z kijkami na jakiegoś kamerzystę, który wszedł tam, gdzie nie powinien. Zrobił się wielki szum, ale wtedy bronił swojego królestwa. Na pewno jest człowiekiem ciepłym i opiekuńczym, ale zamkniętym. Zdarzało się, że na trasie Wałbrzych - Kraków prawie nie odzywaliśmy się do siebie. Mamy sobie wiele do powiedzenia, ale dobrze mi się z nim milczy. Pewnie gdybyśmy zaczęli, to nie byłoby końca.
- Wściekła jestem, że ma taką pracę. Co to za życie, że ciągle go nie ma w domu, dla rodziny? Jak przyjedzie, to po pierwsze wstawi samochód do serwisu, potem są bileciki, rachunki, które musi przedstawić księgowej w Krakowie - wylicza żona trenera.
Bo Wierietielny pracuje nawet wtedy, gdy jego zawodniczka odpoczywa. Nie lubi tej papierowej roboty: rozliczeń, sprawozdań szkoleniowych. - Ale musi to robić tak samo jak wszyscy trenerzy. Musi zbierać wszystkie rachunki, a przecież czasem jest przez miesiąc na wyjeździe. Gdy potem przyjeżdża do siedziby związku, to od rana do wieczora wypełnia te papierki - przyznaje Tajner.
- Ja tam nie obchodzę żadnych rocznic, bo choć wzięliśmy ślub 28 lat temu, to nasze małżeństwo ma stażu może pięć lat. Młodzi małżonkowie z nas - gorzko żartuje Piątkowska. - Ale nic już więcej nie powiem. Niech realizuje swoje pasje. Jakie jest to nasze życie, to nasza sprawa, ale bez determinacji jego i Justyny nie byłoby takich sukcesów. A o to chodzi. Moje oko to też cieszy. Jeśli właśnie teraz jest ten szczyt formy, trzeba walczyć do końca. Teraz czekamy na olimpiadę. To znaczy na igrzyska olimpijskie. W tym też mąż mnie zawsze poprawia: jaka olimpiada, igrzyska olimpijskie.
@RY1@i02/2010/010/i02.2010.010.186.0005.001.jpg@RY2@
Wierietielny przy nartach. Tego też dogląda
Fot. Jerzy Kleszcz newspix pl
@RY1@i02/2010/010/i02.2010.010.186.0005.002.jpg@RY2@
Trener i jego wychowanka Justyna Kowalczyk, którą nazywa drugą córką
Fot. Tomasz Markowski/newspix pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu