Płyty, filmy, koncerty
. "Ballady na koniec świata" to jedna z najbardziej oczekiwanych płyt ostatniego ćwierćwiecza. I jedna z najbardziej szokujących. Siekiera zawsze prowokowała. W 1984 roku w czambuł potępili ją krytycy, którzy nie potrafili zaakceptować ekstremalnego brzmienia i nihilistycznych piosenek. Dwa lata później zespół odrzuciła publiczność, która nie potrafiła pogodzić się z tym, że zespół zdradził punkowe ideały dla transowej zimnej fali. "Ballady..." mogą być równie trudne do zaakceptowania. Adamski wyprawił się bowiem do krainy łagodności. Dziewięć długaśnych utworów (w tym trzy instrumentalne), nagranych z towarzyszeniem gitary akustycznej, klawiszy, fletu, fletni pana, armeńskiego duduka i damskiego głosu, balansuje między dokonaniami Marka Grechuty ("Ludzie mówią"), This Mortail Coil ("Poza czasem"), solowymi nagraniami Brendana Perry’ego ("Droga na szczyt") a zwykłym nudziarstwem. W dodatku brzmiącym płasko i plastikowo, bo płyta powstała w skromnym domowym studio Adamskiego w Puławach. "Ballady..." to kolejna ważna płyta Siekiery. Sęk jednak w tym, że po raz pierwszy jest ważna tylko dla samego zespołu (a dokładniej jego lidera). Bo nowe piosenki, pozbawione historycznego kontekstu, tracą rewolucyjny wymiar i stają się zaledwie przeciętnym krążkiem.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.