Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Uroki belle époque

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Adaptacja powieści Colette "Cheri" to potknięcie w reżyserskiej karierze Stephena Frearsa

Przed laty współpraca z wybitnym scenarzystą Christopherem Hamptonem zaowocowała być może najdoskonalszym filmem w dorobku Frearsa. "Niebezpieczne związki", nagrodzone trzema Oscarami, dziś należą do wzorcowych dramatów kostiumowych. Nieco mniej entuzjazmu budzi kolejne wspólne przedsięwzięcie Frearsa i Hamptona - "Mary Reilly", opowieść o Jekyllu/Hydzie widziana z perspektywy jego służącej. Ale i ten film bronił się dojrzałymi rolami Johna Malkovicha i Julii Roberts. Z nieco frywolną, ale jednocześnie głęboką prozą Colette sukcesu nie udało się powtórzyć.

Cheri to pseudonim młodego Freda Peloux (Rupert Friend), nadany mu przez jego kochankę, znacznie od niego starszą kurtyzanę Leę de Lonval (Michelle Pfeiffer). Ich miłość - nawet w dekadenckim Paryżu początku XX wieku - jest skazana na klęskę, jednak oboje nie potrafią się do tego przyznać ani od siebie uwolnić. Zwodnicza gra, jaką prowadzą, nie może skończyć się dobrze.

Piękne zdjęcia Dariusa Khondjego i nastrojowa muzyka Alexandrea Desplata pomagają w odzwierciedleniu klimatu belle époque, także Michelle Pfeiffer jest znakomita w roli Lei, a jednak "Cheri" rozczarowuje. Najbardziej zawinił Christopher Hampton - nagrodzony Oscarem za scenariusz do "Niebezpiecznych związków" autor nie do końca potrafił przełożyć subtelności prozy Colette na język kina. A być może sama powieść niechętnie poddaje się ekranizacjom. Wcześniej była przenoszona na ekrany kinowe i telewizyjne trzykrotnie. Najbardziej udany był film Pierrea Billona z Jeanem Desaillym i Marcelle Chantal w rolach głównych. Nadzór nad scenariuszem i dialogami sprawowała wówczas sama Colette, wówczas dobiegająca już osiemdziesiątki. Najlepszego filmu nakręconego na podstawie swojej prozy nie zdążyła niestety doczekać. W 1958 roku Vincente Minelli zekranizował powieść "Gigi" - obraz zdobył dziewięć Oscarów, w tym dla najlepszego filmu i za najlepszy scenariusz adaptowany. I choć była to Colette w uproszczonej, tanecznej wersji (podstawą filmu był zresztą musical, w którym na Broadwayu występowała Audrey Hepburn), to żadna późniejsza ekranizacja nie zbliżyła się choćby do tego poziomu.

@RY1@i02/2011/243/i02.2011.243.196.005a.001.jpg@RY2@

Jakub Demiańczuk

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.