Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Budapeszt w każdym domu

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

TVP Kultura w przewrotny sposób spełnia marzenie prezesa Kaczyńskiego. Dzięki nowej ramówce Budapeszt ma szansę zagościć w domach Polaków. Stacja zaprezentuje przegląd arcydzieł kinematografii znad Balatonu

Pochodzące z lat 60. i 70. filmy przypominane przez polską telewizję powstały w czasie określanym nieraz złotą erą kina węgierskiego. Choć podobna etykietka zawsze wydaje się odrobinę napuszona, tym razem nie została przyznana na wyrost. W opisywanym okresie filmy rodem z Węgier przeżywały rozkwit analogiczny do rozwoju Czeskiej Nowej Fali czy odrobinę starszej Polskiej Szkoły Filmowej. Tak jak koledzy po fachu z innych środkowoeuropejskich krajów, młodzi twórcy z Węgier mogli dojść do głosu dzięki drobnym ustępstwom, na jakie zgodziły się komunistyczne władze. W stosunki artystów z rządzącymi od samego początku wpisana była jednak perwersyjna gra. Choć węgierscy reżyserzy korzystali z ustępstw wprowadzonych przez Janosa Kadara, zaproponowany przez niego "gulaszowy socjalizm" szybko uznali za niestrawny. Właśnie dlatego wspólnym mianownikiem różnorodnych filmów powstałych w okresie złotej ery okazała się krytyczna analiza wpływu władzy na jednostkę i wynikające z niej rozczarowanie zastaną rzeczywistością.

Sprzeciwiające się systemowi kino węgierskie manifestowało swój bunt także na płaszczyźnie ekranowej formy. Niektórym twórcom złotej ery powiodło się wynalezienie unikalnego języka filmowego. Awangardowe pomysły udawało się następnie zaszczepić przyszłym pokoleniom reżyserów dzięki istnieniu budapeszteńskiej szkoły filmowej i słynnego studia im. Beli Balazsa. Twórcą zdolnym do stworzenia najbardziej oryginalnego autorskiego stylu okazał się bez wątpienia Miklos Jancso. Reżyser "Ciszy i krzyku" wyróżniał się zamiłowaniem do oszczędnych dialogów, długich ujęć i rozległych ekranowych przestrzeni. W swoich filmach z lubością poddawał analizie relacje kata i ofiary, a także szkicował portret człowieka zdominowanego przez bezduszne rytuały. W zapowiadanych w ramówce TVP Kultura "Desperatach" i "Gwiazdach na czapkach" umiejętnie korzystał z kostiumu kina historycznego. Poprzez cofnięcie się do niedalekiej przeszłości poddawał refleksji wydarzenia, które w prostej linii ukształtowały ówczesne postawy jego rodaków. Zapoznanie się z tymi filmami pozwala w pełni zrozumieć, dlaczego 90-letni Jancso tłumaczył po latach polskiej dziennikarce: - W kinie zawsze towarzyszą mi dwie maksymy: "Nic nie istnieje poza Węgrami" i "Nasza wolność jest wolnością każdego".

Przyjęta przez twórcę "Desperatów" strategia hermetycznych wizji i trudnych do rozszyfrowania metafor bynajmniej nie wyczerpuje możliwości twórców złotej ery. Węgierscy reżyserzy z równym powodzeniem tworzyli kino realistyczne, w którym bezsens egzystencji odbijał się w każdym ulicznym zaułku i kącie pustego mieszkania. Twórcy takich filmów jak "Dwadzieścia godzin" czy "W górę rzucony kamień" potrafili połączyć jednostkowy dramat z klęską całego społeczeństwa. Część z nich stała na stanowisku, że najważniejszym wyrazem sprzeciwu wobec bezdusznej rzeczywistości mogło okazać się tylko spontaniczne zwrócenie ku drugiemu człowiekowi. Prezentowane w TVP "Adopcja" Marty Meszaros i "Miłość" Karoly Makka dowodzą, że taka postawa musiała jednak wiązać się z akceptacją gorzkiej iluzji.

Po odegraniu swojej roli w ówczesnym życiu społecznym i politycznym złota era nie spoczęła bynajmniej na śmietniku historii. Obecna w tamtych filmach melancholia połączona z krytyką pogrążonego w apatii społeczeństwa na stałe przedostała się do współczesnego węgierskiego kina. Wystarczy obejrzeć dowolny film wyreżyserowany przez słynnego Belę Tarra, by przekonać się, że dawne upiory wciąż tańczą swe szatańskie tanga. Wychowanek studia im. Balazsa wspólnie z Miklosem Jancso znalazł się ostatnio w gronie sygnatariuszy listu przeciw zagrażającej wolnościom obywatelskim polityce premiera Orbana. Znana maksyma, że historia lubi się powtarzać, ostatnimi czasy odzyskuje nad Balatonem swe szydercze brzmienie.

@RY1@i02/2011/205/i02.2011.205.196.0003.001.jpg@RY2@

Kadr z filmu "Dziesięć tysięcy dni"

Piotr Czerkawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.