Nienawidzę bezczynności
Przyjmuję role w gorszych filmach tylko dlatego, by wciąż działać - mówi Burt Young, którego możemy oglądać w komediodramacie "Wszyscy wygrywają"
Burt Young: Lubię takie proste historie o zwykłych ludziach, którym się nie wiedzie, którzy mają wady, błądzą, kombinują. Thomas McCarthy, reżyser "Wszyscy wygrywają", przyszedł do mnie do domu i złożył mi propozycję zagrania w jego filmie. Dostałem scenariusz, ale już z rozmowy z Thomasem wynikało, że to porządny facet, który serio traktuje kino, szanuje aktorów. Za to także cenię niezależne amerykańskie kino i teatr.
Zagrałem w wielu filmach, ale były to najczęściej role drugoplanowe. Trzeba znać swoje miejsce. "Rocky" to Stallone, grany przez niego bohater niósł całą historię, stanowił jej esencję. Paulie, w którego się wcielałem, to urocza postać - wzrusza widzów, bawi, ale to Sly był najważniejszy.
Nigdy nie miałem ciśnienia na karierę. Jestem zdziwiony, że tutaj, na festiwalu w Karlowych Warach, wszyscy pamiętają o innych tytułach z moim udziałem. Gdy zapowiadali mnie przed seansem "Wszyscy wygrywają", film "Rocky" wymienili jako ósmą albo dziesiątą pozycję w moim dorobku. Już zacząłem się zastanawiać, czy ktokolwiek tu widział ten film. A tak poważnie, to grałem w wielu filmach ze względów zarobkowych. Udział w "Amityville II" może nie jest powodem do dumy, ale nie żałuję. Kocham kino i jestem pracoholikiem. Przyjmowałem czasami gorsze propozycje nie tylko po to, by zarobić, ale po to, by działać. Nienawidzę bezczynności. Przyjmuję propozycje od teatrów, które są na skraju bankructwa. Ale robię to, bo nie ma nic gorszego niż poczucie, że nic już cię nie zaskoczy, że nie warto poszukiwać. Role u wielkich reżyserów zdarzały się raz na jakiś czas. A ja musiałem zarabiać pieniądze, lubiłem się zabawić, byłem bardzo kochliwy. Gdy bywałem zakochany, wydawałem pieniądze bez opamiętania. Tego też nie żałuję. Zawsze zależało mi na tym, by miło spędzić czas, żeby przelotne filmowe znajomości przekształcały się w przyjaźnie. Część z ról przyjąłem tylko dlatego, bo grali w tych filmach moi przyjaciele, część dlatego, bo wydawało mi się, że przyjaźnie się narodzą.
Łączy nas miejsce, z którego obaj pochodzimy i które kształtuje charakter bardzo wcześnie. Szybko się zaprzyjaźniliśmy, mamy podobne poczucie humoru, kodeks wartości. Znamy swoje domy, uwielbiamy ze sobą pracować. Jakiś czas temu spotkałem Jacka Nicholsona. W "Chinatown" grałem zaledwie epizod, ale mimo upływu czasu Jack mnie poznał. Siedział z kumplami w klubie, w otoczeniu pięknych modelek. Zaprosił mnie do stolika, wspominaliśmy stare czasy. To nie jest przyjaźń, ale ludzie potrafią o sobie pamiętać. Nie sądzę, żeby panował tu wyższy stopień zawiści, zakłamania czy hipokryzji niż gdzie indziej.
W mojej rodzinie zdarzały się przypadki, jakby to nazwać... kiedy ludzie byli na bakier z prawem. Wyłudzanie pieniędzy, drobne przestępstwa, gangsterka - to wszystko było na porządku dziennym. Nie o to chodzi, że się tym nie interesowałem, raczej nie miałem talentu. Do bycia gangsterem, tak jak zresztą do wszystkiego w życiu, trzeba mieć ogromny talent, powołanie. Nim zacząłem grać, pracowałem w różnych miejscach, m.in. układałem dywany, odbierałem długi, byłem w wojsku, trenowałem zawodowo boks. W latach 60. przez przypadek trafiłem do szkoły Lee Strasberga. Byłem już wówczas żonaty, ale niezbyt szczęśliwy. Zakochałem się nagle w pewnej tajemniczej piękności, postanowiłem się rozwieść i spełniać jej marzenia od tej pory. Największym były studia aktorskie u Lee Strasberga. Nie za bardzo wiedziałem, o co chodzi, myślałem, że Lee to jakaś dziewczyna. Napisałem do szkoły, opisując całą sytuację, łącznie z rozwodem. Chyba strasznie ich wzruszyłem, bo zostałem przyjęty...
@RY1@i02/2011/205/i02.2011.205.196.022a.001.jpg@RY2@
Rozmawiała Anna Serdiukow
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu