Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Lekcje klasyki kina

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Jubileuszowe wydania "Obywatela Kane’a" i "Ben-Hura" to rozkosz kolekcjonera

Filmy zostały odrestaurowane cyfrowo, a wśród bonusów znalazły się m.in. wypowiedzi historyków kina, soundtracki, pełnometrażowe dokumenty poświęcone legendarnym fabułom oraz unikatowe prezenty - na przykład niema wersja "Ben-Hura" z 1925 roku.

Jednak zapominając nawet o tych fascynujących dodatkach, same tytuły powinny znaleźć się w każdej domowej kolekcji. Mówimy o kamieniach milowych światowego kina. Spotkanie z "Obywatelem Kaneem" to kontakt z legendą. Nie bez powodu w wielu rankingach film uznawany jest ciągle za najwybitniejszy tytuł w dziejach X Muzy.

Z dzisiejszej perspektywy najważniejszy wydaje się geniusz innowacyjny Orsona Wellesa. Kiedy w 1941 roku Welles debiutował "Obywatelem Kaneem", miał zaledwie dwadzieścia pięć lat. Jednak nikt przed nim nie potrafił tak perfekcyjnie zapanować nad nielinearną strukturą opowiadania w filmie. Welles eksperymentował z formą, funkcją muzyki w kinie, montażem wewnątrzkadrowym, wreszcie z niestereotypowymi, nowoczesnymi ustawieniami aktorstwa (sam zagrał rolę tytułową). Fabuła również jest innowacyjna. Orson Welles pokazuje biografię autentycznego magnata prasowego, Williama Randolpha Hearsta, przekopiowując ją do fikcyjnego losu Charlesa Fostera Kanea oraz wprowadzając do filmu wątki jawnie autobiograficzne. Kompromitująca deszyfracja kluczowego słowa "Różyczka" (ang. "Rosebud"), które Hearst-Kane wypowiada na łożu śmierci, antycypuje kluczowe np. dla filmowego postmodernizmu zastępowanie pojęć wysokich niskimi. W "Obywatelu Kanie" Welles wyprzedził całą epokę.

Po premierze w 1941 roku "Obywatel Kane" wywołał aplauz części krytyki, był nominowany do Oscarów w dziewięciu kategoriach - ostatecznie otrzymał statuetkę za najlepszy scenariusz oryginalny - ale dla większości widzów stanowił pozycję zdecydowanie zbyt wyrafinowaną. Szybko zszedł z ekranów. Z cienia zapomnienia wyciągnęli "Kanea" dopiero koryfeusze francuskiej Nowej Fali. Dla nich dzieło Wellesa od początku było wybitne i prekursorskie. I tak zostało do dzisiaj.

Zgoła inną propozycją jest "Ben-Hur". To klasyczne widowisko złotej ery Hollywood. Film Williama Wylera pozostaje oscarowym rekordzistą. W sumie otrzymał jedenaście statuetek - w tym za najlepszy film, reżyserię oraz dla najlepszego aktora, Charltona Hestona. William Wyler, autor m.in. "Rzymskich wakacji" i "Jezabel", w tej znakomicie wyreżyserowanej opowieści rekonstruuje rozgrywającą się w Judei historię relacji żydowskiego księcia Judy Ben Hura oraz rzymskiego żołnierza Messali. W 1995 roku, z okazji stulecia kina, Watykan umieścił "Ben-Hura" na czele listy tytułów, które w szczególny sposób propagują wartości humanistyczne i religijne.

"Obywatel Kane" i "Ben-Hur" - dwa krańcowo różne tytuły, dwa arcydzieła światowego filmu. Dwie lekcje kina.

@RY1@i02/2011/200/i02.2011.200.196.024a.001.jpg@RY2@

@RY1@i02/2011/200/i02.2011.200.196.024a.003.jpg@RY2@

@RY1@i02/2011/200/i02.2011.200.196.024a.002.jpg@RY2@

Łukasz Maciejewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.