Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Płyty, filmy, koncerty

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

. Indywidualnościami z formacji SuperHeavy można by obdzielić kilka zespołów i gatunków muzycznych. Mick Jagger, Dave Stewart z Eurythmics, Joss Stone, Damien Marley i kompozytor A.R. Rahman (m.in. "Slumdog. Milioner z ulicy") niestety postanowili pokazać się w jednym projekcie. Nie udało się. "SuperHeavy" to płyta nierówna, nijaka i nudna. Jedynym, który sprostał zadaniu, jest wokalista Rolling Stones. Dziadek Mick wyczynia swoim głosem rzeczy, o których dawno zapomniał w rodzimej kapeli. Zachwyca szczególnie, melodyjnie wrzeszcząc w reggaeowym "Miracle Worker". Reszta muzyków pozostaje w cieniu. Wokal Stone jest prześwitujący jak folia do pakowania kanapek, a gitara Stewarta bezbarwna. Założyciel Eurythmics mówił mi kilka tygodni temu w wywiadzie o radosnej i luźnej atmosferze, jaka panowała podczas nagrywania "SuperHeavy". Poza małymi wyjątkami (otwierający płytę kawałek "SuperHeavy") dobra atmosfera niestety nie przeniosła się na jakość. To tak, jakby aktorzy zaangażowani do filmu "Niezniszczalni" mieli zagrać w komedii romantycznej dla 12-letnich dziewczynek. Muzycy nie czują się najlepiej w reggaeowo-popowym miksie. Poza Jaggerem słychać to dobitnie. Może mniej gwiazd oznaczałoby więcej gwiazdek dla "SuperHeavy".

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2011/190/i02.2011.190.196.027a.001.jpg@RY2@

. Nie ma już zespołu Sweet Noise, ale jego lider Glaca na wszelki wypadek płycie projektu My Riot nadał tytuł "sweet noise". Słusznie, bo dużej różnicy między dokonaniami obu grup nie ma, a jeśli już, to na niekorzyść dla nowego zespołu. Muzycznie to metalowy industrial ze sporą dawką elektroniki (czasem zbliżony do Nine Inch Nails, częściej do niemieckiego Die Krupps) - niby zróżnicowany, ale jednak monotonny i pozbawiony świeżości. Solidna produkcja oraz ciekawe gościnne występy rapera Pei oraz basisty Behemotha, Oriona, nie równoważą niestety nudy i intelektualnej megalomanii.

Jakub Demiańczuk

@RY1@i02/2011/190/i02.2011.190.196.027a.002.jpg@RY2@

. Kasabian, typowani przez brytyjską prasę jako następcy Oasis, wreszcie pokazali, że mają inny pomysł na muzykę niż zespół Gallagherów. Oprócz doskonałego rozeznania w klasyce gitarowego grania sprzed dwóch dekad na swojej czwartej płycie "Velociraptor!" udowodnili, że znają się też na elektronicznych bitach. Piszą znakomite melodie ("Days Are Forgotten", "I Hear Voices"), potrafią też poszaleć na instrumentach ("Switchblade Smiles"). Jest tu kilka nużących, zbyt popowych momentów ("Man of Simple Pleasures"), ale całość swobodnie się broni.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2011/190/i02.2011.190.196.027a.003.jpg@RY2@

. Kompozycją "Prayer for El Salvador" Russella Ferrante, pochodzącą z płyty "Spin" zespołu Yellowjackets, otwiera płytę swojego trio znakomity aranżer i pianista Krzysztof Herdzin. Ponad 13-minutowy numer to dobre wejście w to, co czeka na całej płycie. Klasyczny spokojny jazz akustyczny z małymi odchyłami, na przykład na funky (temat "Keith and His Teeth", ukłon w stronę Keitha Jarretta). Herdzin, Robert Kubiszyn na basie i kontrabasie oraz Cezary Konrad na perkusji nagrali ten materiał podczas jednej sesji. Bez wytyczania nowych ścieżek, za to bardzo solidne.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2011/190/i02.2011.190.196.027a.004.jpg@RY2@

. Jeden z najsłabszych filmów w karierze nowojorskiego neurotyka. Niby bohater podobny do niego samego - starzejący się intelektualista, który nagle dokonuje zmian w swoim życiu - ale to postać nijaka i nieprzekonująca. A w tle borykający się z kryzysem twórczym pisarz, jego żona, która marzy o swoim pracodawcy, i wreszcie Londyn zamiast Nowego Jorku. W obsadzie gwiazdy (Hopkins, Brolin, Banderas), ale emocji zaskakująco mało. Na szczęście Allen skutecznie zrehabilitował się kolejnym filmem: "O północy w Paryżu".

JD

@RY1@i02/2011/190/i02.2011.190.196.027a.005.jpg@RY2@

. Solidna adaptacja powieści Didiera van Cauwelaerta. Amerykanin Martin Harris przyjeżdża do Berlina na kongres naukowy. Ulega jednak wypadkowi, a gdy budzi się po kilkudniowej śpiączce, jego życie rozpada się w proch - nikt nie może potwierdzić jego tożsamości, nawet żona go nie poznaje, co gorsza, u jej boku pojawił się nowy mężczyzna podający się za Martina Harrisa. Próba odkrycia prawdy wystawi nieszczęsnego naukowca na olbrzymie niebezpieczeństwo. Dobra rola Liama Neesona, wdzięczna Diane Kruger i klimat rodem z "Frantica".

JD

@RY1@i02/2011/190/i02.2011.190.196.027a.006.jpg@RY2@

. Debiut Krzysztofa Łukaszewicza, oparty na wydarzeniach z 2005 roku, gdy we wsi Włodowo grupa mieszkańców zabiła terroryzującego okolicę recydywistę. Mocny temat, jednak w "Linczu" zmarnowany. Łukaszewicz jednostronnie portretuje zastraszoną społeczność, podkreślając przede wszystkim nieudolność i bierną postawę władz, nie pozwalając sobie jednocześnie na refleksję, moralne wątpliwości czy rozterki. Plusem są dobre role Leszka Lichoty i Wiesława Komasy, ale nawet oni nie sprawią, że zamiast kina społecznego mamy tu do czynienia co najwyżej z kinem populistycznym.

JD

@RY1@i02/2011/190/i02.2011.190.196.027a.007.jpg@RY2@

. "Kat shoguna" to w rzeczywistości dwa filmy: pierwsza i druga z liczącego sześć części japońskiego cyklu "Samotny wilk i szczenię", opartego na genialnym komiksie Kazuo Koikego i Goseki Kojimy. Oryginały trafiły do kin w 1972 roku, osiem lat później Robert Houston postanowił przybliżyć serię amerykańskim widzom: przemontował oba filmy, dołożył angielski dubbing i sprawił, że "Samotny wilk..." zyskał na Zachodzie status produkcji kultowej. Odwoływał się do niego Quentin Tarantino (w "Kill Bill"), cytaty z filmu zamieścił na znakomitej płycie "Liquid Swords" popularny raper GZA.

Podobne amerykanizowanie filmów nie było w Hollywood nowością - wcześniej producenci zbezcześcili m.in. "Godzillę", dokręcając do oryginału sceny z zachodnimi aktorami. Na szczęście Houstonowi udało się nie zmarnować oryginału (mam nadzieję, że któryś z dystrybutorów pokusi się kiedyś o wydanie całości na DVD) - "Kat shoguna" to pełnokrwiste (dosłownie) kino akcji. Tytułowym bohaterem jest Ogami Itto, który przemierza Japonię, wożąc w drewnianym wózku swojego kilkuletniego syna Daigoro, szukając zemsty za śmierć ukochanej żony. Prostota opowieści idzie tu w parze z maestrią wykonania: zdjęcia, scenografia, choreografia walk do dziś robią olbrzymie wrażenie, nie tylko na wielbicielach kina samurajskiego.

Jakub Demiańczuk

@RY1@i02/2011/190/i02.2011.190.196.027a.008.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.