Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

płyty, książki, filmy, koncerty

Ten tekst przeczytasz w 11 minut

"Wada ukryta" jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich Thomasa Pynchona to narkotyczna podróż w kierunku upadającej Ameryki schyłku lat 60.

"W pewne dni jazda do Santa Monica przypominała totalny odlot bez zadawania sobie trudu związanego z zakupem i zażyciem konkretnego narkotyku, czasami jednak każdy narkotyk był z pewnością lepszy od jazdy do Santa Monica". Dla bohaterów nowej powieści Thomasa Pynchona na pewno. Pan Niewidzialny w "Wadzie ukrytej" opisuje bowiem Amerykę przełomu lat 60. i 70. - tę Amerykę, która ideały ruchu hippisowskiego zamieniła na Charlesa Mansona i psychodelię.

W tej scenerii umieszcza Pynchon chandlerowskiego bohatera - Doca Sportello, detektywa, którego zainteresowania to trawka i prenumerowanie pisma "Nagie nastoletnie nimfetki". Doc dostaje od swojej byłej dziewczyny, Shasty, cynk o planowanym porwaniu jej kochanka, potentata budowlanego Michaela Wolfmanna. Niebawem znikają oboje - Doc zaczyna prowadzić śledztwo, a raczej halucynogenny pochód przez konające Los Angeles, w którym bardziej od rozwiązania kryminalnej zagadki liczy się to, by dostać dobry towar.

"Wada ukryta" jest portretem zbiorowego szaleństwa, w jakie wpadła Ameryka końca lat 60. Nixon, wojna w Wietnamie, zbrojący się czarni nacjonaliści kontra faszyzujący Aryjscy Bracia, gangsterzy, handlarze narkotyków, sprzedajne kobiety i tajemnicza, mafijna organizacja Złoty Kieł - oto, jakie widma spotyka na swojej drodze wiecznie odurzony Doc Sportello. Pynchon opisuje to w taki sposób, że kontury między realnym a przeżytym w stanie halucynacji nieustannie się zacierają - choć i tak jest to jedna z najbardziej przystępnych powieści Pana Niewidzialnego (jak wiadomo wszystkim miłośnikom jego twórczości, Pynchon nigdy nie pokazuje się publicznie, nie udziela wywiadów i właściwie nie wiadomo, czy istnieje). A przy całym gorzkim rozrachunku z epoką dzieci kwiatów i sugestii, że cała Ameryka (a może i cywilizacja w ogóle) ma bliżej nieokreśloną wadę ukrytą, która powstrzymuje jej rozwój i prowadzi do degeneracji, jest to powieść bardzo zabawna.

To zresztą jedna z cech, które sprawiają, że jest ona podobna duchem do książki innego wielkiego cynika literatury. Mowa o Hunterze S. Thompsonie, autorze nurzającym się w błocku umarłej rewolucji hippisowskiej, i jego powieści "Lęk i odraza w Las Vegas", sfilmowanej jako "Las Vegas Parano". Obie książki opisują ten sam okres w historii Ameryki, który można określić jako wybuch gigantycznej choroby z powikłaniami, obie prezentują podobny typ bohatera - luzaka, który zamiast zajmować się swoją robotą, jest wiecznie na haju. Doc mógłby wyglądać dokładnie tak jak Johnny Depp, który zagrał w ekranizacji książki Thompsona. Jest szansa, że się przekonamy, czy tak będzie - podobno "Wada ukryta" też ma zostać przeniesiona na ekran. Oby.

@RY1@i02/2011/165/i02.2011.165.196.027a.001.jpg@RY2@

Patrycja Pustkowiak

Wbrew tytułowi dźwięki z trzeciej płyty Hard-Fi was nie zabiją, ale za to na pewno wzmocnią. Ich debiut sprzed sześciu lat "Stars of CCTV" spodobał się fanom indie-popu z klawiszami i tak też będzie z "Killer Sounds". Sporo tu nawiązań do dokonań kapel sprzed 20 lat: Duran Duran ("Killer Sounds") i INXS ("Feels Good"). Współpracownicy studyjni Brytyjczyków - Greg Kurstin (Lily Allen), Alan Moulder (The Killers), Stuart Price (Madonna) - gwarantują solidne, nowoczesne brzmienie. Szkoda tylko, że zespół niewiele dodał dobrego od siebie.

@RY1@i02/2011/165/i02.2011.165.196.027a.002.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

Zanim ukazała się ich debiutancka płyta, "New Musical Express" już pisał, że Horrors są najbardziej ekscytującą brytyjską grupą od czasów Sex Pistols. I się nie mylił. Kapel, które nurkują w dźwiękach z lat 70. i 80., są setki, i to na samych Wyspach. Ale Horrors trzecim albumem "Skying" pokazali, że jako nieliczni robią to w nienużący i nieirytujący sposób. Ich nawiązania do garażowych brzmień, wibrujących organów i mrocznej wokalizy sprzed lat spowodowały, że "Skying" spędziło w moim odtwarzaczu cały dzień.

@RY1@i02/2011/165/i02.2011.165.196.027a.003.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

Gościnne występy basisty New Order Petera Hooka i gitarzysty Primal Scream Andrew Innesa gwarantują, że przynajmniej dwa numery na nowej płycie londyńskiego duetu Auto Kratz będą na dobrym poziomie. David Cox i Russell Crank pokazali jednak, że bez wybitnych gości też trzymają klasę. Tak pewnie brzmiałoby Pet Shop Boys, gdyby chcieli podbić aktualnych bywalców klubów. Drapieżny synthpop bez nadmiernie rozbudowanych aranżacji, za to jak przyjemnie rytmiczny. A nóżka sama chodzi.

@RY1@i02/2011/165/i02.2011.165.196.027a.004.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

"Bawcie się dzieci, nim babcia odleci" - powiedziała Hanka Bielicka kilka dni przed śmiercią, kiedy gościła w programie "Szymon Majewski Show". Była jak zwykle w kapeluszu, bez którego pod żadnym pozorem nie wychodziła z domu. Starannie dobierała krawcowe, a buty nosiła wyłącznie szyte na miarę u Kielmana - najlepszego szewca w Warszawie. Kiedy w Programie I Polskiego Radia charakterystyczną chrypką odzywała się Dziunia Pietrusińska podczas utrzymanego w konwencji kabaretu varietes "Podwieczorka przy mikrofonie", ruch na ulicy zamierał. Humor jej bohaterki "paniusi miejsko-wiejskiej z dość poważnie zmąconym poczuciem własnych korzeni" wielu pozwalał przetrwać PRL-owskie absurdy.

W piątą rocznicę śmierci ekstrawaganckiej uczennicy Aleksandra Zelwerowicza ukazuje się jej kolejna biografia, tym razem pióra wieloletniego przyjaciela Bielickiej i autora monologów Zbigniewa Koropolewskiego. Zawiodą się jednak ci, którzy po lekturze spodziewają się mądrej opowieści o estradowym zwierzęciu, które przez lata kochała publiczność, czy przejmującej dawki wspomnień o artystce, która bywała też człowiekiem niepozbawionym pęknięć i bruzd. Nic z tego.

Koropolewski poznał Bilicką w 1962 r., kiedy ta była już w pierwszej lidze artystek estradowych, a on znanym konferansjerem. Wówczas aktorka wykonała w zastępstwie jego monolog "Fis-chałtura", który tak jej się spodobał, że Korpolewski dołączył do grona autorów piszących dla niej skecze, które kochała publiczność warszawskiej Syreny. Dalej autor dość chaotycznie skacze po skrawkach biografii artystki, nie pochylając się nad nimi. Wspomina owszem o samobójczej śmierci Bielickiej, ale nie zagląda już pod podszewkę zdarzeń. O życiu prywatnym damy polskiej estrady jest zresztą zaledwie tylko kilka wzmianek, które wymagają dopełnienia.

W efekcie lektura "Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechu" nie rzuca nowego światła na życie tytułowej bohaterki. Albo zatem Korpolewski nie miał wystarczająco dużo materiału na tę książkę, albo życie Bielickiej było tak zaskakująco nieciekawe. Skłaniam się ku pierwszej ewentualności.

@RY1@i02/2011/165/i02.2011.165.196.027a.005.jpg@RY2@

Agnieszka Michalak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.