Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Czołgiem z nieba

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Ekipa najemników, niesłusznie oskarżonych o zbrodnie wojenne, wraca. "Drużyna A" nadjeżdża. Premiera w niedzielę na Canal+

Cudowne lata 80. Nawet seriale były wówczas kiczowate, bo inaczej o "Drużynie A" powiedzieć nie można. Ale był to kicz niepowtarzalny, utrzymany w sensacyjno-komediowym tonie, z galerią barwnych postaci, wśród których wyróżniał się oczywiście ekscentryczny Mr. T grający B.A. Baracusa. I choć pokolenie pierwszych fanów już dawno dorosło, na brak kolejnych chyba "Drużyna A" nie będzie narzekać. Twórcy filmu zapowiadają bowiem, że unowocześniona akcja nie straci zabawnego uroku serialu. "Jeśli nie podoba ci się pomysł z czołgiem spadającym z nieba i strzelającym jednocześnie do samolotu, to nie jest to film dla ciebie" - mówił w wywiadzie dla magazynu "Empire" reżyser "Drużyny A" Joe Carnahan. "Z drugiej strony, jeśli ten pomysł ci się nie podoba, to masz cholerny problem z kinem".

Punkt wyjściowy filmu jest taki sam jak w serialu: trzej żołnierze amerykańskiej armii - John "Hannibal" Smith (Liam Neeson), Templeton "Buźka" Peck (Bradley Cooper) oraz B.A. Baracus (Quinton Jackson) - zostają oskarżeni o zbrodnie wojenne, których nie popełnili. Aby oczyścić się z zarzutów, uciekają z wojskowego więzienia, łączą siły z dawnym przyjacielem, szalonym pilotem H.M. Murdockiem (Sharlto Copley, pamiętny z "Dystryktu 9") i zaczynają działalność jako najemnicy, walczący oczywiście po dobrej stronie.

Potencjał stworzenia dobrej sensacyjnej komedii był tutaj spory. Gwiazdorska obsada, sprawny rzemieślnik Joe Carnahan za kamerą, bracia Scott jako producenci - to wszystko miało zagwarantować przyzwoitą, choć niezmuszającą do myślenia rozrywkę. Do pewnego stopnia się to udało: film jest nakręcony od niechcenia, twórcy wciąż puszczają oko do widzów, którzy przed laty pokochali oryginał, a aktorzy dobrze się swoimi rolami bawią. Sensu w tym oczywiście nie ma za grosz, a widzowie, którzy kina akcji nie lubią, powinni trzymać się od telewizorów z daleka, ale jednak całość robi niezłe wrażenie.

To rzadkość, bowiem ciężko znaleźć przykład naprawdę udanej adaptacji popularnego serialu na format kinowy. Pojedyncze przypadki, takie jak "Ścigany" (1993) czy pierwsza części "Mission: Impossible" (1996), jedynie potwierdzają tę regułę. Zazwyczaj jednak producenci nie znają umiaru, w związku z czym co i rusz musieliśmy mierzyć się z wszelkiego rodzaju "Świętymi" czy "Rewolwerami i melonikami", gdzie wszystkiego było za dużo, a przefajnowane scenariusze i setki absolutnie zbędnych ozdobników przysłaniały i akcję, i naszpikowaną gwiazdami obsadę. Konia z rzędem temu, kto po obejrzeniu wyłącznie filmowej wersji "Aniołków Charliego" byłby w stanie zrozumieć, dlaczego w latach 70. serial ten otoczony był prawdziwym kultem. Tych pułapek udało się Carnahanowi i jego "Drużynie A" szczęśliwie uniknąć.

@RY1@i02/2011/160/i02.2011.160.196.005b.001.jpg@RY2@

Jakub Demiańczuk

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.