Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Ucieczka od rutyny

Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Tim Curry w swojej karierze łączy horror z komedią i teatr z grami wideo

Ekstrawagancki Frank-N-Furter, kiedy pojawia się przed oczami widza, jest odziany w wysokie białe buty na obcasach, czarną pelerynę, która upodabnia go do Draculi, a pod nią nosi obcisły gorset, siatkowane pończochy i długie czarne rękawiczki. To pierwsza niezapomniana filmowa rola Tima Curryego, powtórzenie jego scenicznych kreacji w kultowym "Rocky Horror Show".

Na poły demoniczny, na poły rozbrajający uśmiech, plastyczna twarz i niezwykły głos, którym aktor posługuje się z wielką maestrią, czynią z Tima Curryego idealnego kandydata do ról charakterystycznych, często wykraczających poza jakkolwiek pojmowaną normę. Campowo przegięty doktor Frank-N-Furter, przerażający morderczy klaun Pennywise w adaptacji powieści Stephena Kinga "To" albo mroczny władca ciemności w "Legendzie" Ridleya Scotta czy wreszcie pogodnie szalony król Artur w broadwayowskiej musicalowej adaptacji słynnego pythonowskiego "Świętego Graala". Tim Curry zawsze wywiera niezapomniane wrażenie.

Sam twierdzi, że chętnie przyjmuje role złoczyńców i wariatów, bo zazwyczaj są najlepiej napisane. Ale by uciec od obsadowej rutyny, chętnie użycza swojego głosu w bajkach dla dzieci albo grach wideo, takich jak "Dragon Age: Początek" czy komediowa przygodówka "Brutal Legend". Jednak jego prawdziwą miłością jest i zawsze był teatr. Gdy w 1968 roku jako student wydziału dramatycznego Uniwersytetu Birmingham podziwiał na scenie swoją koleżankę Judi Dench, która hipnotyzowała widzów rolą w "Kabarecie", już wiedział - to jest miejsce, w którym chce się znaleźć. Kilka lat później zabłysnął niebywałą kreacją w przedstawieniu "Rocky Horror Show", granym w Londynie i na nowojorskim Broadwayu, które szybko zyskało status kultowego i doczekało się równie popularnej ekranizacji.

Curry przez lata starał się odciąć od tej roli, bojąc się nadmiernej identyfikacji z jednym tylko typem aktorstwa. Z dołka po zejściu z afisza na Broadwayu wyciągnął go Stephen Frears, oferując mu udział w adaptacji "Trzech panów w łódce" Jeromea K. Jeromea. "Po roli Frankfurtera możesz zagrać wszystko" - miał wówczas powiedzieć mu reżyser. Do fanów talentu Curryego zalicza się też Eric Idle, który zawsze chciał zrealizować z Timem jakiś wspólny projekt i w końcu powierzył mu rolę króla Artura w "Spamalot".

Jeszcze w maju tego roku można było obejrzeć Curryego na teatralnych deskach - grał w sztuce Toma Stopparda "Rosencrantz i Guildenstern nie żyją" w Chichester Festival Theatre. Niestety musiał zrezygnować z roli z powodu powracających ataków astmy. To jedna z przyczyn, dla których tak rzadko ostatnimi czasy gości na małym i dużym ekranie - tym większą radością będzie zobaczyć tego znakomitego aktora w urokliwej baśni "Tajemnica Rajskiego Wzgórza" na antenie HBO.

@RY1@i02/2011/151/i02.2011.151.196.005a.001.jpg@RY2@

Tim Curry (z lewej) w "Tajemnicy Rajskiego Wzgórza"

Katarzyna Nowakowska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.