Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Zróbcie nowych Dziwaczkę i Lenia

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Podczas pracy nad piosenkami do "Akademii Pana Kleksa", w domu kompozytora Andrzeja Korzyńskiego doszło do bijatyki

Andrzej Korzyński: Chcieliśmy, żeby wiersze Jana Brzechwy zabrzmiały świeżo. Dlatego wykorzystałem aranżacje elektroniczne, choć na całego poszedłem dopiero w kolejnych częściach, "Podróżach Pana Kleksa" i "Panu Kleksie w kosmosie". To była niesamowita przygoda, ale i harówka. Próby odbywały się u mnie w domu. Na ekranie tego nie widać, ale chłopcy byli rozrabiakami nie z tej ziemi, bardziej niż śpiew interesowały ich gonitwy i bijatyki. Pół minuty nie potrafili wytrzymać, żeby nie kopnąć kolegi albo nie zrobić psikusa, a jak wiadomo, w studiu musi panować absolutna cisza. Dopiero systemem permanentnych prób udało nam się dokończyć nagrania. Wyszło chyba nieźle, bo te utwory ciągle są popularne - "Kaczka Dziwaczka" ma na YouTube dziewięć milionów wejść. Zastanawiam się, dlaczego nikt inny nie nagrał piosenek, nie powstały nowe wersje piosenek do wierszy Brzechwy? Czyżby moja muzyka na trwałe się zespoliła z tekstami poety? Chętnie posłucham nowych "Dziwaczki" czy "Na wyspach Bergamutach".

Po części z planu "Kleksa". Kiedy okazało się, że Piotr Fronczewski świetnie sprawdza się, śpiewając w utrzymanym w rockowej stylistyce "Lenia", pomyślałem, że jest materiałem na wokalistę, jakiego potrzebuję. Ale tak naprawdę nie byłoby Franka, gdyby nie Japończycy.

Nie chodziło o odzież. Na początku lat 80. firma Roland wypuściła na rynek syntezator TB-303 Bass Line. Instrument generował charakterystyczne dźwięki basu - na jego bazie skomponowałem muzykę. Gitary, klawisze i chórki były dodatkami - motorem akcji była linia basu. Część tantiem należy się więc Japończykom. Piotrek okazał się wymarzonym wokalistą, choć nie od razu. Na początku próbował śpiewać i to był niewypał. Brzmiał dziwacznie, jak Fronczewski, a nie bramkarz z klubu disco. Spróbuj gadać" - powiedziałem, Piotrek zaczął melorecytować i to było to.

Kilka razy odwiedziłem dyskotekę klubu studenckiego Politechniki Warszawskiej - Remont. Chodziłem tam, żeby podpatrywać goryli, którzy stali na bramce i podrywali dziewczyny. To był czas niesamowitej schizofrenii - w czarnej nocy stanu wojennego kwitła subkultura dyskotekowa. Z jednej strony były cenzura, pustki w sklepach i wojsko na ulicach, a z drugiej na parkietach brylowali faceci w amerykańskich dżinsach, tańczący przy przebojach z Zachodu, przypalający marlboro. W kinach szło wtedy "Wejście smoka". Moim zdaniem niezwykła popularność tego filmu wzięła się w dużej mierze z sytuacji społeczno-politycznej. Podskórnie wszyscy marzyliśmy wtedy, żeby ktoś zlał naszych okupantów, tak jak Bruce Lee rozprawiał się z armią żołdaków narkotykowego barona. Jak grzyby po deszczu powstawały szkółki kung-fu, opowiadano też o wyczynach domorosłych karateków, którzy po wyjściu z kina sprawdzali nabyte podczas seansu umiejętności na przechodniach. Dyskotekowy wykidajło też lubił się bić, więc w postaci Franka Kimono połączyłem te obserwacje obyczajowe.

Nie mieli do Franka zastrzeżeń - to był pastisz, niegroźny żart obyczajowy, można się było z tego naśmiewać. Kłopoty pojawiły z niespodziewanej strony. Radio zagrało tylko dwa pierwsze przeboje: "King Bruce Lee karate mistrz" oraz "Dysk dżokej". Mimo gigantycznej popularności Franka inne utwory latami nie mogły trafić na antenę.

Franek wzbudził zazdrość redaktorków, którzy uzurpowali sobie prawo do kreowania przebojów i decydowania o wartości muzyki. Nie mogli przeboleć, że udało mi się wylansować przebój bez ich pomocy.

Siedziałem w jednej ławce z Andrzejem Żuławskim od siódmej klasy podstawówki. Już wtedy planowaliśmy, że kiedyś stworzymy operę albo musical. Po latach, kiedy Żuławski był asystentem Wajdy przy "Popiołach", zaproponowano mu zrobienie dwóch filmów telewizyjnych "Pavoncello" i "Pieśń triumfującej miłości". No i zadziałało kumoterstwo - zamówił u mnie muzykę. Ale największym wyzwaniem było "W pustyni w puszczy".

To była wielka odpowiedzialność. Ekranizacja wywołała ogólnonarodową dyskusję. Gdybym rzecz sfuszerował, byłbym spalony.

- Bo to film dla dorosłych mający niewiele wspólnego z infantylną wizją Sienkiewicza. Reżyser Władysław Ślesicki był dokumentalistą, pokazał realistyczny obraz tego kontynentu. W polskiej muzyce filmowej dominował wtedy jazz. A ja chciałem pisać muzykę, która będzie nie tylko ilustrować, lecz także komentować uczucia bohaterów, przygotować widza na zwrot akcji. Wzorem był dla mnie Ennio Morricone.

- To utwór "Baby Bump" z płyty "Jumbo Jet" zespołu Arp Life, którego byłem współtwórcą. W chórkach śpiewają "Alibabki". Wajda się zachwycił, uznał, że ta muzyka kapitalnie oddaje dynamikę i przebojowy styl filmowej Agnieszki. On daje swobodę kompozytorowi i jest otwarty na pomysły. Inaczej Żuławski, który jest muzycznym erudytą, ma ściśle określoną wizję i konsekwentnie ją realizuje.

@RY1@i02/2011/102/i02.2011.102.196.034a.001.jpg@RY2@

Andrzej Korzyński (rocznik 1940) skomponował muzykę do 120 filmów,, autor przebojów m.in. Piotra Szczepanika, Maryli Rodowicz i Jonasza Kofty, twórca postaci Franka Kimono

Cezary Polak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.