Facebook według Bieńczyka
Leo Beenhakker i Chateaubriand, Mickiewicz i Humphrey Bogart, Wembley 1973 i zapach perfum Angel - mozaika, jaką tworzą szkice Marka Bieńczyka, przypomina swobodne surfowanie po różnych obszarach pamięci
Można spytać, dlaczego właściwie zbiór swoich szkiców Marek Bieńczyk nazwał "Książką twarzy", spolszczając w ten sposób Facebooka. Dlaczego tom, świetnych skądinąd, esejów miałby mieć jakikolwiek związek z szatańskim wynalazkiem Marka Zuckerberga? Czy to nie nazbyt naciągane? Czy nie przyłapujemy przypadkiem Bieńczyka na próbie poddania efektownemu liftingowi tekstów, które tak czy owak obroniłyby się same? Owszem, szkice składające się na "Książkę twarzy" można by czytać według rozmaitego klucza, Facebook jest tylko jedną z możliwości.
Ale w tym internetowym szaleństwie jest metoda. Mozaika, jaką tworzą szkice Bieńczyka, przypomina bowiem swobodne surfowanie po różnych obszarach pamięci. Obrazy z dzieciństwa, wspomnienia pierwszych lektur i przeżywanych w młodości emocji sportowych, podróży do Brazylii i wypadu na spływ kajakowy, rozważania o Zygmuncie Krasińskim, sprowokowane wizytą w Nicei i refleksje nad twórczością Rolanda Barthesa, które nie powstałyby, gdyby autor "Przezroczystości" nie znalazł się w miejscu, gdzie francuski filozof uległ wypadkowi, studia wizerunków Leo Beenhakkera i Jana Karskiego - wszystko to składa się na szczególną, patchworkową biografię autora. Bieńczyk woli nazwać ją "profilem", w którym, podobnie jak w profilach społecznościowych, można umieścić prawie wszystko. "Słowa przychodzą, jak chcą, zapełniają dzień kapryśnie, przelewają się na ekran rytmu, który nie w pełni umiem pojąć; niech więc trwają obok siebie, bez określenia ich wagi" - czytamy.
Każdy z tych tekstów jest napisany w innej tonacji. Szkice, otwierające "Książkę twarzy" mają sporo z krótkich, felietonowych form Jerzego Pilcha. Jest o zabawach w Indian i pochłanianych z dziecięcą zachłannością książkach o Winnetou. O meczach na stadionie Legii, Wyścigu Pokoju i dzikiej radości na ulicach po pamiętnej wygranej Polaków na Wem-bley. Bieńczyk, opowiadając o sporcie, opowiada przede wszystkim o swoim dzieciństwie i roli, jaką odegrał w nim ojciec. Emocje przeżywane wspólnie przed telewizorem, zaciekłe dyskusje, uzupełniane z pietyzmem tabele wyników miały okazać się szczególnym kodem porozumienia ojca z synem, jedynym językiem, w jakim do samego końca potrafili rozmawiać. Twarz ojca we wspomnieniach w jakimś sensie zlewa się z twarzami popularnych sportowców i trenerów, tak jak inne twarze okazują się składowymi biografii autora "Książki...".
Bieńczyk z zapałem kolekcjonuje portrety postaci rzeczywistych i literackich - każdy z nich to perełka. Fascynujące okazują się opowieści o sprzedanych za życia autora dziennikach Chateaubrianda i relacjonowanej w szczegółach przez prasę śmierci Wiktora Hugo, o magnetycznej twarzy Humphreya Bogarta i paszportowych kłopotach polskich romantyków na emigracji, euforii, jaką w latach 90. wywołały na świecie perfumy Angel Thierry’ego Muglera, i zgorszeniu, które wywołał Gustav Flaubert, opisując degustację szampana w wykonaniu Emmy Bovary. Ale "Książka twarzy" to dużo więcej niż zbiór efektownych ciekawostek, tych drobnych "bonusów", na które - jak twierdzi autor - natrafia każdy gorący miłośnik lektury. Za każdym razem autor pokazuje, jak silnie pisanie zakorzenione jest w życiu. Początkiem każdego tekstu jest przecież przypadek, pozornie błahy szczegół, zbieg okoliczności, przywołany mimochodem obraz z przeszłości.
@RY1@i02/2011/097/i02.2011.097.196.036a.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/097/i02.2011.097.196.036a.002.jpg@RY2@
Malwina Wapińska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu