Nie ma nóg, są za to nózie
Wszystkie dzieci nasze są. Dokument Thomasa Balmesa klasyfikuje się mniej więcej na poziomie słynnej piosenki Majki Jeżowskiej. To wątpliwy artystycznie, osiemdziesięciominutowy trailer z cudnymi buziakami bobasków.
Reżyserem dokumentu jest Thomas Balmes - postać kompletnie anonimowa w branży, ale za projektem stoi naprawdę Alain Chabat, wytrawny scenarzysta ("Mikołajek"), reżyser ("Asterix i Obelix. Misja Kleopatra") i producent ("Układ idealny"). Chabat nie podejmuje się przedsięwzięć, które nie przyniosłyby mu zysku. Również w wypadku "Bobasów" sukces był gwarantowany.
Wystarczyły niewinne twarzyczki filmowanych przez rok tytułowych "bébé(s)": Hattie z Kalifornii, Bayara z Mongolii, Mari z Japonii oraz Ponijao z Namibii, żeby projektem zainteresowali się telewizje i dystrybutorzy z całego świata. Nie jest tajemnicą, że właśnie na dzieciach zarabia się najwięcej. Chodzi o prężnie działającą gałąź przemysłu: gadżeciarskiego, zabawkarskiego, również kinowego. "Bobasy" to wprawdzie tylko skromny dokument, który nie może równać się z wysokobudżetowymi filmami Disneya, niemniej chodzi o naciąganie tego samego adresata. Do wyidealizowanego i zakłamanego obrazu dzieci z różnych stron świata, z absurdalną tezą, że niezależnie od granic kulturowych i geograficznych, wszystkie bobasy są do siebie podobne. Dołożona została ckliwa, ilustracyjna muzyka starego wyjadacza, Bruno Coulais ("Genesis", "Makrokosmos"). Sukces gotowy? Komercyjny na pewno, ale kiczowaty obrazek przypomina widokówki z serii "Anne Geddes", w którym rezolutna Japoneczka, bogata Amerykanka oraz rozdokazywane dzieciaki z Mongolii i Afryki wykonują swój pierwszy krok. Pod względem artystycznym to jedynie efekt zimnej kalkulacji i hipokryzji. Nędza, drastyczne warunki bytowe, AIDS albo brud, w jakich przychodzą na świat niekochane dzieci, zamyka się na obrazie maślanych oczu słodkiej Mari z Tokio i pulchnej Hattie z San Francisco. "Bobasy" to infantylizacja cudu życia. Film, do którego jak ulał pasują wszelkiej maści zdrobnienia. Nie ma nóg, są nózie, pupcie, kupki i łapcie. Nie ma dzieci, tylko bobaski. Nie jestem pewien, czy kino powinno służyć do tak cynicznego "dziamdziania".
@RY1@i02/2011/097/i02.2011.097.000.028b.001.jpg@RY2@
Łukasz Maciejewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu