Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Pozostałe premiery Kinowe

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

To rodzaj kina, na które mam szczególną alergię. Wszystko jest tutaj symboliczne, znaczące i wymowne. W efekcie puste jak wydmuszka. Ten przepis na arcydzieło jest następujący: rezygnujemy z linearnej fabuły, logiki i wyraźnego przesłania. Bohaterowie są pozbawieni indywidualności, sceny maksymalnie wydłużone. Do tego modny podkład muzyczny, dużo filmoznawczych nawiązań, wreszcie wywrotowa teza pod tytułem: "Źle nam się żyje na świecie, mamy pryszcze, nikt nas nie kocha". Brak umiejętności reżyserskich, kiksy montażowe to założona strategia. Podobnie jak amatorsko grający aktorzy i puszczanie oka do tak zwanej wyrobionej widowni oraz grupki zawsze wiernych krytyków.

"Zwyczajna historia" Anochi Suwichakornpong została opowiedziana byle jak, ale za to z pretensjami do wielkiego dzieła. Pielęgniarz Pun opiekuje się sparaliżowanym, pochodzącym z bogatej rodziny Akem. To już, niestety, wszystko. Nawet w drugoligowym kinie amerykańskim relacja mężczyzn zamieniłaby się jednak w coś w rodzaju wzajemności, uzależnienia - erotycznego lub przyjacielskiego. Ale Suwichakornpong nie idzie na taką łatwiznę. Chory Ake jest niespełniony i sfrustrowany; zdrowy Pun jest tylko niespełniony. Oboje za czymś tęsknią. Chcieliby pisać, podróżować. Nic z tego. Pun snuje się zatem po pokoju, ojciec Akego milczy, w kuchni smażą się racuchy. A w finale oglądamy "wstrząsającą" scenę symbolicznych nowych narodzin. Ambicje w tym filmie przyprawione są jogą, karmą i masturbacją w wannie. Dżuma grafomanii.

Łukasz Maciejewski

@RY1@i02/2011/049/i02.2011.049.196.028b.001.jpg@RY2@

James L. Brooks, twórca udanych komedii z tzw. drugim dnem - "Lepiej być nie może" i "Trudnych słówek" - powraca z nowym filmem. Niestety tym razem to kompletna klapa. Wyobraźcie sobie film tak zły, że nie ratuje go nawet udział Jacka Nicholsona - jest aż tak tragicznie.

Brooks próbuje powtórzyć sprawdzony już w poprzednich filmach patent i w komediowej otoczce powiedzieć coś głębszego o związkach, miłości, dojrzewaniu do odpowiednich decyzji. Jednak kompletnie chybia celu i zostawia nas z trójką bohaterów, którzy sami nie wiedzą, o co im chodzi, ale dużo gestykulują i wygłaszają niezborne monologi.

Reese Witherspoon wciela się w postać Lisy, ambitnej zawodniczki, która z powodu zaawansowanego wieku (31 lat) zostaje nagle wykluczona z drużyny softballa. Próbując jakoś się w życiu odnaleźć po tym ciosie, wikła się w dziwny romans z niezbyt bystrym, ale za to szczerym kolegą sportowcem Mattieem (Owen Wilson), jednak ciągnie ją też do lekko zbzikowanego Georgea (Paul Rudd). Ten jednak ma na głowie federalne śledztwo w swojej firmie i skomplikowane relacje z wybuchowym ojcem (Jack Nicholson).

Przy tej stawce aktorskiej i nawet przy tych założeniach scenariusza to mógłby być dobry film, gdyby tak boleśnie nie brakowało w nim jakiejś spójnej myśli i kierunku. Terapeuta radzi Lisie, by zastanowiła się, czego tak naprawdę chce, i jak może ten cel osiągnąć. Szkoda, że nikt nie udzielił równie światłej porady reżyserowi.

Katarzyna Nowakowska

@RY1@i02/2011/049/i02.2011.049.196.028b.002.jpg@RY2@

Matka jest tylko jedna - puenta żartu sięgającego czasów Peerelu jest w przypadku najnowszej produkcji studia Disneya jak najbardziej na miejscu. Główny bohater "Matek w mackach Marsa" przekonuje się, że mama jest naprawdę potrzebna dopiero wtedy, gdy trafia ona w ręce najeźdźców z Czerwonej Planety.

Dziewięcioletni Milo wiedzie beztroskie życie. Czasami kłóci się z mamą, która każe mu jeść brokuły, ale poza tym jest naprawdę szczęśliwym dzieckiem. Jego sielanka trwa do momentu, w którym podczas kolejnej sprzeczki mówi, że chciałby, żeby mama zniknęła z jego życia. Ironia losu sprawia, że w chwili, gdy postanawia ją przeprosić, kosmici porywają ją, aby wykraść jej matczyne instynkty i przekazać nieporadnym marsjańskim niańkom.

Realizacją "Matek w mackach Marsa" - opartych na bestsellerowej powieści Berkeleya Breatheda - zajął się specjalista od animacji Simon Wells (reżyser m.in. "Księcia Egiptu", pracował również przy takich hitach jak "Kung Fu Panda"). Film został nakręcony w technice motion capture, która ruch aktorów przekłada na animację. Do perfekcji doprowadził ją Robert Zemeckis w filmach "Beowulf" i "Opowieść wigilijna". Tym razem Zemeckis jest jedynie producentem, a na ekranie zobaczymy trójwymiarowe odpowiedniki m.in. Setha Greena, Joan Cusack i dwóch legend z cyklu "Gwiezdne wojny": Billyego Dee Williamsa, który w gwiezdnej sadze zagrał Lando Calrissiana, oraz Jamesa Earla Jonesa, czyli głos samego Dartha Vadera.

Anna Osińska

@RY1@i02/2011/049/i02.2011.049.196.028b.003.jpg@RY2@

Półtoragodzinny film Jarosława Szmidta dystrybutor reklamuje jako największe przedsięwzięcie w dziejach polskiego dokumentu. Produkcja trwała cztery lata, zdjęcia kręcono w trzynastu krajach, do nagrania muzyki zaangażowano 70-osobową orkiestrę. Jeśli chodzi o rozmach realizacyjny i budżet (3,5 mln zł), "Jan Paweł II. Szukałem Was..." zajmuje w dziejach rodzimej kinematografii wyjątkowe miejsce.

Atutami są też archiwalne, słabo znane zdjęcia z licznych pielgrzymek oraz wywiady. Indagowani przez filmowców z Polski rozmówcy opowiadają m.in. o niesztampowych zachowaniach, którymi Ojciec Święty zjednywał sobie sympatię na wszystkich kontynentach. Szmidt pokazuje Karola Wojtyłę nie tylko jako odważnego reformatora, lecz także pierwszego w dziejach kościoła papieża showmana, który hipnotyzował tłumy niczym gwiazdor muzyki pop, a w kontaktach z mediami czuł się jak ryba w wodzie.

Największym mankamentem jest narracja - bardziej telewizyjna niż filmowa. Oglądamy archiwalne materiały przetykane współczesnymi zdjęciami i obrazkami gadających głów. Przewodnikiem po pontyfikacie Jana Pawła II jest prezenter telewizyjny Krzysztof Ziemiec, który czytał na antenie wiadomość o śmierci papieża. Niestety sceny z jego udziałem są galanterią. Tylko w wyciszonych obrazach zamachu i wizyty papieża w celi Ali Agcy Szmidtowi udaje się przełamać konwencję i opowiadać językiem kina, a nie telewizora.

Cezary Polak

@RY1@i02/2011/049/i02.2011.049.196.028b.004.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.