Pozostałe premiery Kinowe
To rodzaj kina, na które mam szczególną alergię. Wszystko jest tutaj symboliczne, znaczące i wymowne. W efekcie puste jak wydmuszka. Ten przepis na arcydzieło jest następujący: rezygnujemy z linearnej fabuły, logiki i wyraźnego przesłania. Bohaterowie są pozbawieni indywidualności, sceny maksymalnie wydłużone. Do tego modny podkład muzyczny, dużo filmoznawczych nawiązań, wreszcie wywrotowa teza pod tytułem: "Źle nam się żyje na świecie, mamy pryszcze, nikt nas nie kocha". Brak umiejętności reżyserskich, kiksy montażowe to założona strategia. Podobnie jak amatorsko grający aktorzy i puszczanie oka do tak zwanej wyrobionej widowni oraz grupki zawsze wiernych krytyków.
"Zwyczajna historia" Anochi Suwichakornpong została opowiedziana byle jak, ale za to z pretensjami do wielkiego dzieła. Pielęgniarz Pun opiekuje się sparaliżowanym, pochodzącym z bogatej rodziny Akem. To już, niestety, wszystko. Nawet w drugoligowym kinie amerykańskim relacja mężczyzn zamieniłaby się jednak w coś w rodzaju wzajemności, uzależnienia - erotycznego lub przyjacielskiego. Ale Suwichakornpong nie idzie na taką łatwiznę. Chory Ake jest niespełniony i sfrustrowany; zdrowy Pun jest tylko niespełniony. Oboje za czymś tęsknią. Chcieliby pisać, podróżować. Nic z tego. Pun snuje się zatem po pokoju, ojciec Akego milczy, w kuchni smażą się racuchy. A w finale oglądamy "wstrząsającą" scenę symbolicznych nowych narodzin. Ambicje w tym filmie przyprawione są jogą, karmą i masturbacją w wannie. Dżuma grafomanii.
Łukasz Maciejewski
@RY1@i02/2011/049/i02.2011.049.196.028b.001.jpg@RY2@
James L. Brooks, twórca udanych komedii z tzw. drugim dnem - "Lepiej być nie może" i "Trudnych słówek" - powraca z nowym filmem. Niestety tym razem to kompletna klapa. Wyobraźcie sobie film tak zły, że nie ratuje go nawet udział Jacka Nicholsona - jest aż tak tragicznie.
Brooks próbuje powtórzyć sprawdzony już w poprzednich filmach patent i w komediowej otoczce powiedzieć coś głębszego o związkach, miłości, dojrzewaniu do odpowiednich decyzji. Jednak kompletnie chybia celu i zostawia nas z trójką bohaterów, którzy sami nie wiedzą, o co im chodzi, ale dużo gestykulują i wygłaszają niezborne monologi.
Reese Witherspoon wciela się w postać Lisy, ambitnej zawodniczki, która z powodu zaawansowanego wieku (31 lat) zostaje nagle wykluczona z drużyny softballa. Próbując jakoś się w życiu odnaleźć po tym ciosie, wikła się w dziwny romans z niezbyt bystrym, ale za to szczerym kolegą sportowcem Mattie’em (Owen Wilson), jednak ciągnie ją też do lekko zbzikowanego George’a (Paul Rudd). Ten jednak ma na głowie federalne śledztwo w swojej firmie i skomplikowane relacje z wybuchowym ojcem (Jack Nicholson).
Przy tej stawce aktorskiej i nawet przy tych założeniach scenariusza to mógłby być dobry film, gdyby tak boleśnie nie brakowało w nim jakiejś spójnej myśli i kierunku. Terapeuta radzi Lisie, by zastanowiła się, czego tak naprawdę chce, i jak może ten cel osiągnąć. Szkoda, że nikt nie udzielił równie światłej porady reżyserowi.
Katarzyna Nowakowska
@RY1@i02/2011/049/i02.2011.049.196.028b.002.jpg@RY2@
Matka jest tylko jedna - puenta żartu sięgającego czasów Peerelu jest w przypadku najnowszej produkcji studia Disneya jak najbardziej na miejscu. Główny bohater "Matek w mackach Marsa" przekonuje się, że mama jest naprawdę potrzebna dopiero wtedy, gdy trafia ona w ręce najeźdźców z Czerwonej Planety.
Dziewięcioletni Milo wiedzie beztroskie życie. Czasami kłóci się z mamą, która każe mu jeść brokuły, ale poza tym jest naprawdę szczęśliwym dzieckiem. Jego sielanka trwa do momentu, w którym podczas kolejnej sprzeczki mówi, że chciałby, żeby mama zniknęła z jego życia. Ironia losu sprawia, że w chwili, gdy postanawia ją przeprosić, kosmici porywają ją, aby wykraść jej matczyne instynkty i przekazać nieporadnym marsjańskim niańkom.
Realizacją "Matek w mackach Marsa" - opartych na bestsellerowej powieści Berkeleya Breatheda - zajął się specjalista od animacji Simon Wells (reżyser m.in. "Księcia Egiptu", pracował również przy takich hitach jak "Kung Fu Panda"). Film został nakręcony w technice motion capture, która ruch aktorów przekłada na animację. Do perfekcji doprowadził ją Robert Zemeckis w filmach "Beowulf" i "Opowieść wigilijna". Tym razem Zemeckis jest jedynie producentem, a na ekranie zobaczymy trójwymiarowe odpowiedniki m.in. Setha Greena, Joan Cusack i dwóch legend z cyklu "Gwiezdne wojny": Billy’ego Dee Williamsa, który w gwiezdnej sadze zagrał Lando Calrissiana, oraz Jamesa Earla Jonesa, czyli głos samego Dartha Vadera.
Anna Osińska
@RY1@i02/2011/049/i02.2011.049.196.028b.003.jpg@RY2@
Półtoragodzinny film Jarosława Szmidta dystrybutor reklamuje jako największe przedsięwzięcie w dziejach polskiego dokumentu. Produkcja trwała cztery lata, zdjęcia kręcono w trzynastu krajach, do nagrania muzyki zaangażowano 70-osobową orkiestrę. Jeśli chodzi o rozmach realizacyjny i budżet (3,5 mln zł), "Jan Paweł II. Szukałem Was..." zajmuje w dziejach rodzimej kinematografii wyjątkowe miejsce.
Atutami są też archiwalne, słabo znane zdjęcia z licznych pielgrzymek oraz wywiady. Indagowani przez filmowców z Polski rozmówcy opowiadają m.in. o niesztampowych zachowaniach, którymi Ojciec Święty zjednywał sobie sympatię na wszystkich kontynentach. Szmidt pokazuje Karola Wojtyłę nie tylko jako odważnego reformatora, lecz także pierwszego w dziejach kościoła papieża showmana, który hipnotyzował tłumy niczym gwiazdor muzyki pop, a w kontaktach z mediami czuł się jak ryba w wodzie.
Największym mankamentem jest narracja - bardziej telewizyjna niż filmowa. Oglądamy archiwalne materiały przetykane współczesnymi zdjęciami i obrazkami gadających głów. Przewodnikiem po pontyfikacie Jana Pawła II jest prezenter telewizyjny Krzysztof Ziemiec, który czytał na antenie wiadomość o śmierci papieża. Niestety sceny z jego udziałem są galanterią. Tylko w wyciszonych obrazach zamachu i wizyty papieża w celi Ali Agcy Szmidtowi udaje się przełamać konwencję i opowiadać językiem kina, a nie telewizora.
Cezary Polak
@RY1@i02/2011/049/i02.2011.049.196.028b.004.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu