Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Odliczanie rozpoczęte

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 1 minutę

Numer Cztery, znany także jako John Smith, to jeden z dziewięciorga kosmitów z planety Lorien, którzy schronili się na Ziemi, uciekając przed złowrogą rasą Mogadorian. Wśród ludzi (których szczęśliwie przypominają) odnaleźli swoich opiekunów, a ci Lorienom pomagają zapanować nad ich niezwykłymi - przynajmniej w ziemskich warunkach - mocami. Spokój przybyszów nie trwa długo, Mogadorianie bowiem zaczęli ich powolną eksterminację, a Cztery jest ich kolejnym celem.

Ekranizację powieści Jobiego Hughesa i Jamesa Freya zdążono już porównać do sagi "Zmierzch". Aż tak dramatycznie jednak na szczęście nie jest, choć rewelacji spodziewać się nie należy. "Jestem numerem cztery" to film boleśnie wręcz nijaki, poprowadzony dokładnie według obowiązujących w kinie schematów, marnujący talenty aktorów (jak choćby pojawiającego się na drugim planie Timothyego Olyphanta), operatora (Guillermo Navarro) i reżysera (DJ Caruso, twórca m.in. "Niepokoju" i "Eagle Eye"). Idziemy do kina, zjadamy pudło popcornu, zapominamy, co właśnie obejrzeliśmy. Ciąg dalszy niechybnie nastąpi.

A najgorsze, że to jeden z tych filmów, które źle świadczą nie tyle o Hollywood, ile o ich potencjalnych odbiorcach. Czasy, gdy młodzieży można było opowiadać inteligentne historie, miną bezpowrotnie wraz z premierą ostatniej części "Harryego Pottera".

Zofia Smolińska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.