Odliczanie rozpoczęte
Numer Cztery, znany także jako John Smith, to jeden z dziewięciorga kosmitów z planety Lorien, którzy schronili się na Ziemi, uciekając przed złowrogą rasą Mogadorian. Wśród ludzi (których szczęśliwie przypominają) odnaleźli swoich opiekunów, a ci Lorienom pomagają zapanować nad ich niezwykłymi - przynajmniej w ziemskich warunkach - mocami. Spokój przybyszów nie trwa długo, Mogadorianie bowiem zaczęli ich powolną eksterminację, a Cztery jest ich kolejnym celem.
Ekranizację powieści Jobiego Hughesa i Jamesa Freya zdążono już porównać do sagi "Zmierzch". Aż tak dramatycznie jednak na szczęście nie jest, choć rewelacji spodziewać się nie należy. "Jestem numerem cztery" to film boleśnie wręcz nijaki, poprowadzony dokładnie według obowiązujących w kinie schematów, marnujący talenty aktorów (jak choćby pojawiającego się na drugim planie Timothy’ego Olyphanta), operatora (Guillermo Navarro) i reżysera (DJ Caruso, twórca m.in. "Niepokoju" i "Eagle Eye"). Idziemy do kina, zjadamy pudło popcornu, zapominamy, co właśnie obejrzeliśmy. Ciąg dalszy niechybnie nastąpi.
A najgorsze, że to jeden z tych filmów, które źle świadczą nie tyle o Hollywood, ile o ich potencjalnych odbiorcach. Czasy, gdy młodzieży można było opowiadać inteligentne historie, miną bezpowrotnie wraz z premierą ostatniej części "Harry’ego Pottera".
Zofia Smolińska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu