Ludlum z ciężarówki
Antologia tekstów "Dwudziestolecie wolnego rynku książki w Polsce (1989 - 2009)" daje nam ciekawy wgląd w burzliwe dzieje mariażu literatury z kapitalizmem
Najbardziej fascynujący jest tu oczywiście początek lat 90. W czasach komunizmu panował system nakazowo-rozdzielczy, z przydziałami papieru, scentralizowaną dystrybucją i, rzecz jasna, cenzurą. Wszystkie nakłady się sprzedawały - przynajmniej tak to wyglądało na zewnątrz - a dobrych książek bez przerwy brakowało. I nagle w 1989 roku cały ten świat załamał się niemal w mgnieniu oka. Na terenie opanowanym przez państwowe dinozaury w rodzaju WSiP, PWN, KAW czy Naszej Księgarni, nagle jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać firmy prywatne drukujące literaturę, na którą istniał wielki popyt. W samym 1989 roku pojawiło się 300 takich wydawnictw, a dwa lata później istniało ich już 900. Wypuszczone na rynek popularne powieści autorów amerykańskich takich jak Ludlum, Forsyth czy Masterton sprzedawały się w set- kach tysięcy egzemplarzy. Wygłodniali ludzie rzucili się też na książki dotąd zakazane przez cenzurę lub wydawane w drugim obiegu.
Nowe wydawnictwa wyrastały ze środowisk opozycyjnych (na przykład W.A.B.), nomenklaturowych (Muza), czasem też pochodziły z kapitału zagranicznego (Świat Książki, Bertelsmann). Zaistnieć na wolnym rynku starały się też niektóre z firm podziemnych, na przykład NOWA, przemianowana potem na SuperNOWĄ. Ale też nie wszystkie stare wydawnictwa poddały się i zostały rozkradzione - niektóre prywatyzowano, jak na przykład PWN. Są też takie - w tym Czytelnik i PIW - do dzisiaj funkcjonujące jako osobliwe twory państwowo-spółdzielcze. WSiP, który reprezentuje połowę wszystkich obrotów polskiego rynku książki, prywatyzował się aż do 2010 roku.
Równie ciekawe były początki niezależnej dystrybucji. Składnica Księgarska, dotąd praktycznie jedyny dystrybutor książek w Polsce, nie poradziła sobie z burzliwie rozwijającym się rynkiem. Natychmiast pojawili się znacznie bardziej elastyczni niezależni dystrybutorzy, którzy kupowali książki od wydawców, ładowali je na ciężarówki i wieźli na targi, gdzie o czwartej rano już czekali księgarze. Książki sprzedawały się wtedy jak świeże bułeczki.
Brutalnie zmieniał się też rynek księgarń. Państwowe Domy Książki, rozrzucone po całym kraju, były nagle przejmowane przez swoich dyrektorów i zamieniane w biznesy rodzinne, często o niepewnej przyszłości. Boom książkowy bowiem szybko przystopował. Już w latach 1992 - 1994 skończyły się spektakularne nakłady i od tamtego czasu rynek boryka się z wieloma problemami.
Redaktorzy "Dwudziestolecia wolnego rynku książki w Polsce" opowiadają o tych czasach, podając liczby i przytaczając wypowiedzi świadków. Szczególnie ciekawa jest część poświęcona wywiadom z kilkoma ważnymi "graczami" początku przemian. Mirosław Chojecki, współzałożyciel wydawnictwa podziemnego NOWA, opowiada o technikach drukowania w podziemiu i o tym, że - paradoksalnie - szuflady polskich pisarzy były wtedy puste i wydawców podziemnych nie zasypywano propozycjami. Z drugiej strony dawnej barykady Wiesław Uchański, którego na stanowisko dyrektora wydawnictwa Iskry mianował sekretariat KC PZPR, opowiada o tym, jak od 1989 roku zaczął drukować książki takie jak "Dzieci Arbatu" (400 tys. nakładu) czy "Jeden dzień Iwana Denisowicza" (300 tys.).
@RY1@i02/2011/029/i02.2011.029.196.039b.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/029/i02.2011.029.196.039b.002.jpg@RY2@
Warszawski Bazar Różyckiego - jesień 1989 roku
Magdalena Miecznicka
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu