Świat z lamusa
Z rekwizytów wyciągniętych z przeszłości Tomasz Kowalski tworzy nową rzeczywistość - baśniową, jarmarczną, surrealistyczną
Oglądanie prac Kowalskiego jest jak wędrówka w nieokreśloną przeszłość. To jeden z tych twórców, których inspiruje tęsknota za dzieciństwem. To dzieciństwo jest niewspółczesne. Ba, nawet nie takie, jakie mogło zapamiętać pokolenie urodzonego w 1984 roku artysty - bez kultowych kreskówek i robotów na baterie. Co najwyżej z archaicznym teatrem telewizji w tle.
Świat Tomasza Kowalskiego ma sporo z teatralnych dekoracji. Po wystawie chodzimy jak po starej rekwizytorni. Tu latarnia, tam udrapowana kurtyna, gdzie indziej fragment schodów z kawałkiem balustrady lub ogromnych rozmiarów narzędzia krawieckie. Na tym wysypisku staroci może się znaleźć wszystko - od pozłacanej błyskotki po prawdziwą perełkę.
Artysta po swojemu czerpie z różnych epok, stylów i tradycji. Jego grafiki miejscami przywołują surrealny klimat rycin Brunona Schulza. Kiedy indziej bliżej mu do twórców pokroju Witolda Wojtkiewicza, Tadeusza Makowskiego czy Jamesa Ensora.
Wystawa Kowalskiego to osobliwe imaginarium - tandetne i fascynujące zarazem. Czuć w nim pewien archaiczny karnawałowy klimat, jest coś z odpustowej odświętności i grozy rodem z "Gabinetu doktora Caligariego". Ożywają zakurzone arlekiny, wracają zapomniani iluzjoniści i sztukmistrzowie. Podobnie jak u modernistycznych patronów młodego twórcy, i tutaj jarmarczna karnawałowość przeplata się z groteską i makabrą. Dziwaczne cyrkowe postaci budzą zarazem śmiech i niepokój. Znajdujemy się w przestrzeni osobliwej baśni, wchodzimy za jej kulisy. Momentami Tomasz Kowalski każe widzowi poczuć się jak dziecko. Wyolbrzymiając rekwizyty, sprawia, że chodzimy po wystawie jak Alicja po drugiej stronie lustra - w rzeczywistości znajomej, choć obcej i zdeformowanej zarazem.
Ten sam efekt osiąga w centralnym punkcie ekspozycji, gdzie w niemal całkowitej ciemności słychać nagranie stworzonego przez artystę słuchowiska. Poczucie swojskości konkuruje z obcością. Po części czujemy się jak w dzieciństwie, gdy słuchaliśmy bajek odtwarzanych z winylowych płyt. Ale ascetyczna przestrzeń każe budować dalszy ciąg skojarzeń.
Taki był zamysł młodego autora, który sam napisał baśń odczytywaną z głośników w środkowej sali. Jak mówi, chciał stworzyć rzecz całkowicie awizualną, w stu procentach zdając się na wyobraźnię widza. Baśniowy kominiarz, osobliwy mistrz ceremonii i patron wystawy, który z wielką igłą zamiast batuty kieruje podmuchami dymu z komina, zdaje się po części magiem i szamanem, po części tajemniczym szaleńcem. Gra wyobraźni ma znaczenie na każdym kroku. Wiele prac Tomasza Kowalskiego zdaje się zaprojektowana jako dodatek do wyimaginowanej rzeczywistości. Wędrując po wystawie, napotykamy plakaty nieistniejących spektakli, obwoluty nieistniejących książek. Artysta tworzy przestrzeń, którą możemy zapełnić sami.
Od czasu do czasu klimat się zmienia. Tu i ówdzie odkrywamy inspiracje późniejsze, choćby sztuką plakatu lat 50. i 60. Gdzieniegdzie nad pracami artysty unosi się duch teatralnej awangardy spod znaku Kantora i Grotowskiego. W tej artystycznej rupieciarni podobny melanż stylów i epok jest dozwolony. W gruncie rzeczy odbywamy podróż nostalgiczną. Wędrujemy za kulisy pamiętanych z dzieciństwa spektakli teatralnych i telewizyjnych dobranocek, szperamy po starych biblioteczkach i szafach z karnawałowymi kostiumami. Wreszcie jest krawiec i tytułowy kominiarz - dwaj kreatorzy owej baśniowo-surrealnej rzeczywistości. W tym składowisku rekwizytów jest miejsce dla Wojtkiewicza i programu pierwszego TVP.
@RY1@i02/2011/024/i02.2011.024.196.0041.001.jpg@RY2@
Tomasz Kowalski "Lalka" (2010)
Malwina Wapińska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu