Uciec od pana Darcy’ego
Rolą króla Jerzego VI Colin Firth udowodnił, że jest jednym z największych aktorów brytyjskiego kina
Za występ w "Jak zostać królem" Colin Firth został nagrodzony Złotym Globem. Pewnie dostanie za nią także Oscara. Krytycy prześcigają się w pochwałach, bo Firth zagrał genialnie. Trudno uwierzyć, że wcale nie był pierwszym kandydatem do tej roli. Reżyser Tom Hooper zaproponował ją z początku Hugh Grantowi. Dopiero kiedy ten odmówił, zwrócił się do Firtha.
Poważny, z dystansem
Dla aktora nie było to pewnie zaskoczeniem, bo często jest porównywany do Granta. Obaj aktorzy kojarzą się z rolami typowego Anglika. Do porównań zachęca na pewno także fakt, że są rówieśnikami - obaj urodzili się we wrześniu 1960 roku, Grant o dzień wcześniej od Firtha. Ale postrzeganie go wyłącznie jako rywala Granta jest dla Firtha krzywdzące. Grant niemal od początku swojej kariery postawił na komediowy repertuar. Tymczasem Firth ceni sobie różnorodność, a komedie wcale nie są jego głównym celem. "Zawsze lepiej czułem się w poważniejszym repertuarze", mówi. Ma jednak do siebie dystans i lubi sam z siebie żartować.
Jako dziecko Colin często zmieniał miejsce zamieszkania. Urodził się na angielskiej prowincji, ale pierwsze lata życia spędził w Nigerii, przez rok mieszkał w Stanach. Potem jego rodzina wróciła do Wielkiej Brytanii. W szkole Colinowi szło kiepsko, wybrał więc karierę aktorską. Dziś mówi, że tę decyzję podjął tylko dlatego, że nie chciał dorosnąć.
Jak nie zostać Olivierem
Zaczynał od parzenia herbaty dla Laurence’a Oliviera i innych wielkich aktorów angielskiej sceny w londyńskim National Theatre. Potem uczył się aktorstwa w Drama Centre i był jednym z najzdolniejszych słuchaczy tej szkoły. Jego występ w roli Hamleta stał się szkolną legendą. Zapewnił też Firthowi znakomity debiut na profesjonalnej scenie. W londyńskiej inscenizacji "Another Country" dostał główną rolę studenta, którego homoseksualizm skazuje na ostracyzm. Został też zaproszony do udziału w ekranizacji spektaklu, którą w 1984 roku wyreżyserował Marek Kanievska. Zagrał w niej jednak inną rolę - idealisty i komunisty. I znowu odniósł sukces. Wysoko oceniono także jego występ u boku Kennetha Branagha w dramacie "Miesiąc na wsi" (1987). Przepowiadano mu wspaniałą aktorską przyszłość. Widziano w nim następcę Oliviera. Jednak po obiecującym początku kariera Firtha załamała się.
Sporo w tym winy samego aktora. Firth dokonuje zaskakujących wyborów. Ma w swoim dorobku role wybitne. Legendarny malarz Johannes Vermeer w "Dziewczynie z perłą", jeden z pomysłodawców Holokaustu w "Ostatecznym rozwiązaniu", showman zaplątany w morderstwo w "Gdzie leży prawda". Jednak te ciekawe występy przeplatają się z rolami w filmach przeciętnych ("Miasteczko nadziei", "Tysiąc akrów"). Czy Firthowi nie zależy na karierze? A może raczej próbuje uciec od swojej najsłynniejszej roli - pana Darcy’ego z "Dumy i uprzedzenia"? Ta rola zapewniła mu sławę i popularność, ale stała się także przekleństwem.
Darcy zwielokrotniony
Choć od premiery serialu minęło już ponad 15 lat, dla widzów Firth wciąż pozostaje panem Darcym - bogatym snobem, który zmienia się na lepsze pod wpływem miłości. Wszystkie jego kolejne role porównywane są z występem w "Dumie i uprzedzeniu". To dlatego tak chętnie obsadzany jest w komediach romantycznych ("Związki rodzinne", "To właśnie miłość", "Przypadkowy mąż", "Wojna domowa"), w których gra właściwie tę samą rolę - pana Darcy’ego, tyle że w różnych odmianach. Nie daje mu to satysfakcji. Próbował nawet zakpić z tego swojego wizerunku, grając karykaturę Darcy’ego w obu częściach "Dziennika Bridget Jones". Ale próba się nie udała. Firth tylko jeszcze swój romantyczny image umocnił.
Piękny pięćdziesięcioletni
Sojusznikiem aktora może być jednak wiek. Firth w ubiegłym roku skończył 50 lat. Przybyło mu siwych włosów i zmarszczek, co bardzo go cieszy. "Kiedy miałem 25 lat, patrzyłem na starszych od siebie aktorów i myślałem: Nie mogę się doczekać, kiedy na mojej twarzy pojawią się zmarszczki. Nie mogłem się doczekać, kiedy nabierze ona wyrazu". Wciąż wygląda dobrze, ale ma twarz, w której odbija się przeszłość i związane z nią doświadczenie. Dostrzegli to także filmowcy. Firth zaczął dostawać ciekawsze role.
Rok temu zaskoczył wszystkich występem w "Samotnym mężczyźnie" Toma Forda. Zagrał geja, który pogrąża się w rozpaczy po śmierci kochanka. Zdobył pierwszą w karierze nominację do Oscara. Wtedy jednak nie wygrał.
Być może nagrodę przyniesie mu "Jak zostać królem". Tym razem aktorskie zadanie było jeszcze trudniejsze. Firth starannie przygotował się do roli. Żartował co prawda, że byłoby łatwiej, gdyby grał taksówkarza: "Mógłbym wtedy spędzić trochę czasu z prawdziwymi kierowcami. Z rodziną królewską jest inaczej. Nie mogłem zadzwonić do pałacu Buckingham i poprosić królową, żeby poświęciła mi kilka dni". Musiał oprzeć się na historycznych publikacjach i nagraniach archiwalnych. Najwięcej problemów miał z jąkaniem się. Bał się przesadzić. "Jeżeli będę jąkał się zbyt mocno, mogę być śmieszny. Jeżeli będę zbyt wolny, publiczność zacznie się nudzić", mówił. Udało mu się jednak znaleźć złoty środek. Jako jąkający się król wzrusza, budzi sympatię i współczucie. A jednocześnie ma w sobie godność, która sprawia, że ani przez chwilę nie wywołuje politowania czy śmiechu. Firth udowodnił, że jest wybitnym aktorem. I chyba wreszcie udało mu się uciec od pana Darcy’ego.
@RY1@i02/2011/019/i02.2011.019.196.0026.001.jpg@RY2@
FOT. CORBIS/FOTO CHANELS
Julia Daniszewska
Colin Firth: Chyba nikt, kto mnie zna, nie mógłby uznać mnie za introwertyka. Wybieram najciekawsze role, a introwertyzm bohaterów nie jest tym, co mnie w nich pociąga, choć lubię obserwować życie wewnętrzne ludzi, których gram. Myślę, że Bertie - późniejszy król Jerzy VI - był introwertykiem, bo bał się otworzyć przed ludźmi. Prawdopodobnie marzył, by błyszczeć w towarzystwie, ale kiedy masz wadę wymowy, a obracasz się w wyższych sferach, to bezpieczniej czujesz się w swoim kącie.
Nie mamy pełnego obrazu jego osoby. Nikt z rodziny królewskiej nie przyszedł i nie powiedział: "To może wam pomóc. To są jego nieznane listy". Przygotowując się do takiej roli, trzeba bazować na spekulacjach, na pamiętnikach i wspomnieniach osób trzecich. Mieliśmy kilka jego listów, cytaty, wypowiedzi. Jego zdjęcia zrobione podczas przemówień. Na tej podstawie musieliśmy zbudować nowy obraz Jerzego VI. Ale nie chodziło nam wyłącznie o zrealizowanie biografii króla - opowiadamy historię uniwersalną. Każdy z nas - Tom Hooper, Geoffrey Rush, ja - chciał przedstawić swój punkt widzenia. Na ile się da, chcemy być wierni historii, ale przecież jesteśmy bajarzami.
Ta historia w jakiś sposób zadaje kłam opinii, że arystokracja brytyjska jest uprzywilejowana, jeśli chodzi o wychowanie. Dorastanie w rodzinie szlacheckiej nie oznacza rozpieszczania oraz nieskończonej ilości pieniędzy i wolności. Elementem przygotowań do tego filmu było czytanie wspomnień George’a Orwella dotyczących jego nauki szkolnej. Chodził do Świętego Cypriana, szkoły przygotowawczej do Eton. To najwyższa półka. Ale zamiast opływać w luksusy, doświadczał zimnych nocy, ostrego reżimu i kar cielesnych. Książę Karol chodził do Gordonstoun. Tam chłopcy codziennie biegali w krótkich spodenkach o szóstej rano. Pół godziny niezależnie od pogody. Trudno to nazwać rozpieszczaniem bogatej młodzieży.
Moja pozycja sprawia, że jestem idealnym, naturalnym posłańcem. Ale nie mogę robić wszystkiego. Zawsze zastanawiam się, jak mogę pomóc i czy w ogóle jestem w stanie. Czasem wystarczy nagłośnić sprawę. Mogę na przykład pójść do gazety lub polityka i pleść androny jak wielu aktorów albo opowiedzieć im o czymś ważnym, na co ludzie powinni zwrócić uwagę. Nie mam w sobie mądrości, która pozwoliłaby mi prawić kazania. Ale mogę pomagać ludziom, którzy naprawdę potrzebują głosu.
Rozmawiał Paweł Rojek
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu