Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Pułapka kreatywności

Ten tekst przeczytasz w 13 minut

Są w "Ekonomii kultury" spostrzeżenia błyskotliwe i aktualne. Gdy jednak niektórzy z autorów proponują rozwiązania, przychodzi im do głowy tylko stary dobry komunizm

Antologia tekstów "Ekonomia kultury. Przewodnik Krytyki Politycznej" powstała poniekąd jako reakcja na ostatni Kongres Kultury Polskiej i jest polemiką z postulatami neoliberalnymi (reprezentowanymi także przez Platformę Obywatelską), zgodnie z którymi najlepiej by było, gdyby kultura sama na siebie zarabiała z minimalną pomocą państwa. Na świecie poglądy te głosi m.in. Richard Florida z Uniwersytetu Toronto, który został gwiazdą, ucząc, jak kultura może przyciągać turystów i inwestorów do miast. Florida i inni zwolennicy neoliberalizmu mówią o "przemysłach kreatywnych", "gospodarce kulturalnej", "kapitalizmie kognitywnym" etc., i mają na myśli mniej więcej tyle, że kultura powinna zostać wciągnięta w globalną gospodarkę i służyć wytwarzaniu zysku oraz poprawianiu efektywności.

Trudno się dziwić, że nie tylko politycy, lecz także środowiska twórcze w Polsce i na świecie zachwyciły się tą teorią. Spauperyzowani i pogardzani zwykle artyści mogą poczuć, że znaleziono dla nich miejsce w społeczeństwie, które dotąd znacznie bardziej szanowało bankowców - i to miejsce nie tylko pełnoprawne, ale wręcz uprzywilejowane. Ich galerie i kawiarnie, w których spotykają się na twórcze próżnowanie, potrafią w ciągu kilku lat stać się miejscami kultowymi i przyciągnąć turystów, drogie butiki i firmy deweloperskie. Florida straszy nawet, że jeśli miasta nie będą stawiać na kreatywnych, traktując ich jak wabik dla inwestorów, to prędzej czy później podzielą los Detroit - miasta widma, opuszczonego przez Boga i ludzi po krachu światowego przemysłu samochodowego.

Autorzy antologii krytykują tę optymistyczną teorię - i w wielu punktach brzmią przekonująco. Pisarz i kurator Matteo Pasquinelli pokazuje na przykład, że po oddaniu dzielnic undergroundowych w ręce biznesu czynsze idą w górę i ostatecznie ludzie, którzy stworzyli ów niepowtarzalny klimat, sami muszą się wynieść. Kanadyjski profesor Jamie Peck uważa, że dzielnice kreatywne na całym świecie wyglądają jak z jednej sztancy. Słyszymy, że takie nastawienie na produktywność powoduje upadek czystej, wysokiej sztuki, która z samej swojej zasady dotrzeć może tylko do bardzo nielicznych. A przecież to właśnie ona popycha do przodu naszą myśl i wrażliwość. Zresztą samo ogłoszenie uprzywilejowanej pozycji kreatywnych to w dużej mierze miła retoryka; solidnie zarabiają kreatywni z reklamy, ale już artyści wizualni czy pisarze najczęściej ledwo wiążą koniec z końcem.

I to jest główny punkt części poświęconej analizie sytuacji kulturalnej w Polsce. Redaktor Beata Stasińska mówi tu o katastrofie polskiego czytelnictwa, która jak dotąd nie spotyka się z żadnym sensownym przeciwdziałaniem kolejnych rządów. Założycielka fundacji "Bęc Zmiana" Bogna Świątkowska zauważa, że z wielkim hukiem inwestuje się u nas w gmachy instytucji kultury, zapominając o ludziach, którzy powinni zapełniać je treściami. Także według kuratorki Joanny Warszy artyści są dzisiejszymi proletariuszami pracującymi często za darmo, bez ubezpieczeń zdrowotnych i emerytur. Zdaniem kilku autorów antologii rozwiązaniem byłyby pełnowartościowe związki zawodowe artystów, zapewniające zrzeszonym między innymi zabezpieczenia socjalne. Domaganie się większego mecenatu państwowego w kulturze brzmi sensownie. Pomysł taki spotyka się jednak ze sprzeciwem samych zainteresowanych. Tak jakby artyści i intelektualiści sami zgodzili się milcząco, że z podziału tortu po 1989 roku wszystko należy się prawnikom i biznesmenom, oni sami zaś nie zasługują na nic. Czasem na siłę próbują stać się przydatni w przemysłach kreatywnych, co prowadzi do powstawania "utworów artystycznych", których jedyną racją bytu jest sprzedaż. Zabawny przykład tego fenomenu podaje Tomasz Piątek, opowiadając o genezie filmu "Ciacho", na który sami jego twórcy "patrzą nie jak na film, ale jak na markę, którą trzeba wypromować". Artyści sztuk wizualnych z kolei wykorzystują system grantów, rozrastający się od czasu wejścia Polski do Unii Europejskiej. Pokrywa on jednak zaledwie niewielki procent potrzeb, a ponadto rodzi zabawne patologie takie jak "grant art" - projekty artystyczne wymyślone tylko dlatego, że mogą uzyskać grant.

Iskierkę nadziei daje autorom antologii internet. Zdaniem amerykańskiego dziennikarza Chrisa Andersona położy on kres hegemonii nowości i bestsellerów na rynku książki, ponieważ sieć ułatwi dostęp do książek niszowych, na które tradycyjne księgarnie nie mają miejsca. Zgodnie zaś z teorią Claya Shirkyego kończy się dziś epoka telewizji, która na kilka dziesięcioleci wpędziła ludzi w bierność. Nowa epoka internetu będzie bardziej twórcza i interaktywna. Zdaniem zaś profesora Columbii Ebena Moglena internet powinien stanowić obszar wolności od "ograniczeń własności intelektualnej".

No i właśnie tu dochodzimy do tego, co jest słabością antologii. Kilku autorów idzie na całość i zamiast domagać się zwiększenia mecenatu państwowego, marzy o rewolucji komunistycznej: koniec z prawami autorskimi i dla wszystkich po równo. Na wszelki wypadek nikt z autorów antologii nie mówi, jak dokładnie miałoby to wyglądać - Andrzej Stasiuk przestanie dostawać pieniądze za swoje książki, ponieważ będą one rozpowszechniane za darmo w internecie albo w ogóle za darmo? Będzie mu się chciało pisać kolejne? Zamiast tego padają mniej lub bardziej enigmatyczne hasła, formułowane w języku neomarksistowskim, który, jak wiadomo, zniesie wszystko: "wspieranie sieciowej kreatywności społeczeństwa" (Kuba Szreder) poprzez "zniesienie ograniczeń wynikających z praw autorskich i patentowych" przy "odwołaniu się do logiki bezinteresowności i daru" (Maciej Gdula). Pojawia się też idea, że wszyscy ludzie powinni otrzymywać dochód gwarantowany, ponieważ wszyscy uczestniczą w powstawaniu kultury, bo na przykład utrzymują kontakty z innymi i klikają w internecie (Gdula).

Świetny pomysł. Ale wtedy to już na pewno trzeba będzie zabrać Stasiukowi i podzielić między klikających. Historia pokazała przecież, że to jest zawsze doskonałe rozwiązanie.

@RY1@i02/2011/004/i02.2011.004.196.039a.001.jpg@RY2@

Losem amerykańskiego Detroit - miasta zrujnowanego po zakończeniu epoki industrialnej - ekonomiści straszą wszystkie metropolie, które nie zainwestują w artystyczną kreatywność w służbie kapitalizmu

@RY1@i02/2011/004/i02.2011.004.196.039a.002.jpg@RY2@

Magdalena Miecznicka

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.