Lekcja umiaru
O tym, dlaczego tak łatwo mylimy bogactwo z prestiżem
Znów nie wygrałam w lotto. Jak zwykle zresztą. Co nie jest niczym dziwnym, jeśli wziąć pod uwagę prawa statystyki. Jestem zwyczajnym zjadaczem chleba, choć dosyć pracowitym. I czasem, stojąc w korku i marznąc w wysłużonym samochodzie, patrzę na wypasione bryki wokół, zastanawiając się, skąd oni to mają. Zazdrość? Owszem, ale taka bez złości czy zacietrzewienia. Raczej ciekawość: jak stać się bogatym. I jak potem to bogactwo wykorzystać. Tarzać się w luksusie. Okładać kawiorem. Gubić brylanty na stokach Aspen. Imprezować dniami i nocami, by bladym świtem, koło południa, zobaczyć swoją podobiznę na okładce kolorowego czasopisma. Żyć jak w harlequinie albo choćby na Pudelku. Móc, tak jak klienci Noble Concierge, poprosić doradcę, aby pomógł zorganizować imprezę na luksusowym jachcie w Monaco z celebrytami z całego świata, załatwił zakup zestawu biżuterii od Tiffany’ego albo zorganizował baterię kolekcjonerskich alkoholi z pierwszej połowy XX wieku.
Żarty żartami. Nie znam nikogo, prócz paru zwichrowanych charakteropatów oraz osób, które ślubowały życie w ubóstwie, kto nie chciałby być bogaty. Albo przynajmniej zamożny. To zresztą dość skomplikowana sprawa: niby za zamożnego człowieka uznaje się w naszym kraju tego, kto zarabia miesięcznie powyżej 7,1 tys. zł brutto, ale łatwo wytłumaczyć, że z takim przychodem można co najwyżej nie poczuć się nędzarzem. Podobnie z bogactwem - wprawdzie kwota 20 tys. zł miesięcznie brutto wydaje się atrakcyjna, ale nie na tyle, aby mówić o krezusach. Z kolei majątek na poziomie pierwszej dziesiątki z list najbogatszych Polaków to już granica nie do pokonania. Za cenzus dobrobytu wzięłam więc co najmniej dziesięciokrotność średniej krajowej. 30 tys. zł - i więcej - miesięcznych wpływów. Niby dużo, ale też - biorąc pod uwagę potencjał choćby Jana Kulczyka - niewiele.
Skąd wzięli się ci majętni i jak doszli do takich pieniędzy? Oraz, co równie ważne, w jaki sposób konsumują swój ekonomiczny status. Bo trzeba się uczyć od lepszych.
A tych, mimo spowolnienia, wciąż przybywa. W zeszłym roku liczba osób zamożnych i bogatych wzrosła o 30 tys. do ponad 650 tys. - wynika z danych KPMG. W ciągu ostatniej dekady przybyło nam ich niemal dwukrotnie. Ilu doszlusuje do tego grona w tym roku, dowiemy się za parę miesięcy, kiedy urzędnicy skarbowi policzą nasze PIT-y, a agencje badawcze przetworzą je w postać kolorowych wykresów.
To właśnie ci ludzie, zarabiając i wydając pieniądze, tworzą nowe miejsca pracy i napędzają gospodarkę, choćby kupując rzeczy, które nam tylko się marzą. Według danych Euromonitor International przytoczonych w raporcie KPMG "Rynek dóbr luksusowych w Polsce. Edycja 2011" w latach 2005-2010 jego obroty wzrosły o połowę. Statystyki można by mnożyć. Zajmijmy się ludźmi. Oto bohaterowie tej opowieści:
Marek Wojciechowski, wiek: jak wszyscy - jakiś czas temu skończył czterdziestkę. Współtwórca firmy McLaren & Weiss Consulting, coach biznesowy. Pomaga bogatym ludziom być jeszcze bogatszymi. I dobrze się z tym czuć. Magik sprzedaży. Żonaty, ojciec czterech córek - najmłodsza ma 6 lat, najstarsza studiuje.
Agnieszka Rzepecka, zawsze młoda, twórczyni i współwłaścicielka firmy powierniczej OpusTrust, która pozwala klientom optymalizować podatki. Jeśli nie są jeszcze bogaci, gdy wejdą z nią w układy, to na pewno tak się stanie.
Grzegorz Berezowski, rocznik 1976, współwłaściciel i dyrektor (od 2007) firmy 180heartbeats + Jung v. Matt. Z reklamówki: "Jesteśmy niezależną agencją kreatywną znad Wisły. Planujemy, tworzymy i dopieszczamy komunikację, która ekscytuje". Ma dziewczynę i kota.
Rafał Bauer, wiek: jak wszyscy. Znany z tego, że połączył Vistulę z Wólczanką (dzisiaj Vistula Group), wykupił Galerię Centrum, przejął firmę W. Kruka. Kiedy nie zdołał wybudować domu mody na miarę - jak zapewniał - słynnego LVMH Louisa Vuittona, założył własną markę Rage Age, choć w jej powodzenie nikt nie wierzył. Dziś ma 7 butików w Polsce i 3 za granicą. Do tego tzw. warszawskie Soho, do niedawna NFI Black Lion, a za chwilę Próchnik. Żonaty. Dwójka dzieci: Nel, lat 10, i Brunon, ośmiolatek. Ma też pięcioletnie czerwone ferrari, które przysporzyło mu wrogów.
Do tego kilku anonimowych rozmówców, chowają się w cieniu, bo czują się przegrani. Mają lub mieli duże przychody, ale jeszcze większe długi.
Luksus to rzecz względna
- Ferrari umiera zimą w garażu - wzdycha Rafał Bauer. I tłumaczy, że może wygląda na wariata, ale nigdy nie jeździłby takim samochodem po Warszawie zimą. I choć mu się serce kraje, kiedy spogląda na autko marznące w betonowych ścianach, jest pragmatykiem. Zimowe gumy i sportowe auto to czysty nonsens. Więc na jesienno-zimową pogodę przesiada się do cheyenne’a i czeka na wiosnę. Wtedy czerwona strzała z rejestracją NEL na blachach znów pomknie w miasto. Ten samochód (wartość - ponad milion złotych) to ucieleśnienie jego dziecięcych marzeń. Symbol luksusu, który starał się przenieść na markę zarządzanej pięć lat temu firmy. I wielki kłopot, bo czerwone cacko posłużyło przeciwnikom do przyprawienia mu gęby. - Utracjusza, człowieka, który nie liczy się z groszem, nowobogackiego snoba - wylicza. Kiedy kupił samochód, miał z tego satysfakcję człowieka, który zrealizował marzenie. Nie prostował, kiedy pisali o nim, że na dachu biura ma lądowisko dla swojego helikoptera, bo blichtr przydawał blasku Vistuli jako marce. Jeszcze większą przyjemność sprawiało mu to, że jest właścicielem jedynego w stolicy ferrari z zamontowanym na przednim siedzeniu fotelikiem do wożenia dziecka. Nel uwielbiała jeździć czerwonym autkiem z tatusiem. Dziś podrosła i nie wsiada do samochodu tak chętnie. A on, patrząc na ten symbol luksusu w swoim garażu, nie może się oprzeć refleksji. - Dziś bym takiego auta nie kupił, za drogie - przyznaje. I dodaje ze śmiechem, że chyba się zestarzał, bo kręcą go całkiem inne rzeczy. Na przykład zabawa z dziećmi, odwożenie ich do szkoły. I pójście z żoną raz w tygodniu "na sport", czyli do siłowni. Niektórzy nazywają to szczęściem.
- Kiedy nie miałem, to musiałem - metaforycznie tłumaczy Marek Wojciechowski. I jak na psychologa przystało, dodaje, że ludzie, którzy osiągnęli pewien status materialny, mają poczucie niezależności - nie tylko finansowej. Nie potrzebują udowadniać, że ich stać i otaczać się przedmiotami. - Dziś dla mnie luksusem jest gorzka czekolada - mówi. Luksusem, bo bardzo ją lubi, ale od czekolady się tyje. Więc tak jak pisarz romansów historycznych Paul Sheldon, bohater książki "Misery" Stephena Kinga, który po udanym rozdziale zapalał papierosa, on po ubitym interesie pożera parę kostek. - Do tego muzyka i jestem szczęśliwy - zwierza się.
Dla Grzegorza Berezowskiego poczucie luksusu to wyjście z przyjaciółmi do knajpy. Pełen luz, gadanie, śmiech. Bez niepokoju, czy będzie go stać na zapłacenie rachunku. Albo wyjazd na dobre wakacje, najlepiej gdzieś do Azji, którą lubi.
Agnieszka Rzepecka ma do tego podobny stosunek: luksus to możliwość robienia tego, co się lubi. Trzeci rok trenuje szermierkę. To gra oszustów: udajesz, że atakujesz udo, a mierzysz w ramię. Żeby pokonać przeciwnika, trzeba poznać jego słabe strony. Pracować nad ciałem, nad głową. I mieć instruktora, który w tym pomoże. Więc dla niej ważne jest, że może wynająć najlepszego trenera, pojechać na zawody, choćby na koniec świata, i nie liczyć się z kosztami. Robić to, co ją fascynuje. Rozwijać się. - A ubrania, gadżety - to mam już za sobą - mówi. I dodaje z sarkazmem, że arystokracja może nosić białe skarpetki do mokasynów, bo nikt nie pomyśli, że nie wie, jak się ma ubierać. Wie, ale może ma taki kaprys. Tak samo jak pan hrabia nigdy nie jest pijany. Najwyżej ma szampański nastrój. Choć Rzepecka nie ukrywa, że ubiera się w dobrych sklepach - raczej Peek & Cloppenburg niż H&M - i nosi konkretne, ulubione marki.
Biznes to ludzie
Ale najpierw trzeba sobie na to zapracować. Bo nie będziesz bogaty, jeśli będziesz miał nad głową szefa, który będzie ci mówił, co masz robić, jak myśleć. I który będzie ci wyznaczał comiesięczną pensję. Więc trzeba przejść na swoje. Albo, jak mówi Wojciechowski, zacząć realizować siebie. Lub - słowami Rzepeckiej - wypełniać plan. Berezowski określa to inaczej: musisz zaryzykować, żeby się w życiu nie nudzić. Wszyscy powtarzają jedno: nie rób tego, co ci każą. Miej wizję. Skocz na główkę i wygrywaj.
Jak? Wojciechowski porównuje karierę do samochodu. Aby była udana, trzeba zatankować bak. Firma bez paliwa - intelektualnego i finansowego - nie pojedzie. On uzbierał sobie na kupkę parę złotych. Ale bez majątku w postaci znajomości rynku i ludzi na pewno by mu się nie udało. I bez determinacji. - Byłem top menedżerem w dużych firmach: Górnośląski Bank Gospodarczy, Comercial Union, Geant - wylicza. Wszędzie zajmował się sprawami sprzedaży. Dobra kasa, prestiż i to, co najbardziej podoba się ludziom - bezpieczeństwo. Ale on, ze swoim charakterem, już zaczynał się wiercić niecierpliwie, już go uwierało. Dostał propozycję od Leroy Merlin. Powiedział: dziękuję. - Znajomi pukali się w głowę - opowiada. Poszedł w góry, żeby się zapytać siebie, czy naprawdę ma na taki krok ochotę. Chciał.
Agnieszka Rzepecka już w liceum wiedziała, że będzie chciała swoje życie związać z prawem. Może to niepoważne, ale zaczęło się od anegdoty, którą usłyszała w tamtym czasie. W latach 90. pewna babcia handlowała reklamówkami pod warszawską Rotundą. Złapali ją strażnicy, wlepili mandat. Sprawa trafiła do sądu, a jej się trafił prawnik, który nie miał zamiaru odpuścić. Doprowadził sprawę przed Sąd Najwyższy. "Wysoki Sądzie, jeśli ta sprawa jest tak skomplikowana, że to sąd musi decydować, czy pozwana miała prawo stać w centrum stolicy i sprzedawać foliowe torby, to skąd ona miała o tym wiedzieć?" - perorował. Anegdota ładna, choć pewnie naciągana, ale dzięki niej Rzepecka postanowiła zająć się prawem. Ale nie była pewna, czy nie wolałaby pisać albo robić czegoś jeszcze innego. Mimo studiów prawniczych weszła w branżę muzyczną. Pisała m.in. do "Machiny", pracowała w Warner Music Poland, ale dała sobie spokój. - Wieczne imprezy, trawka, najchętniej na cudzy koszt, ale w sumie nic kręcącego - ocenia dzisiaj. Co nie oznacza, że jest święta i imprez nie lubi. Kiedy znudziła jej się branża muzyczna, poszła na rozmowę do koncernu audytorskiego Arthur Andersen. To było jeszcze przed aferą Enronu i Andersen należał do tzw. wielkiej piątki najlepszych firm tego typu na świecie. Przyjęli ją, do departamentu podatkowego. Ktoś mógłby pomyśleć - co za nuda. A to właśnie podatki okazały się największą przygodą w jej życiu. - To polityka, ekonomia, socjologia w jednym. Możliwość kreowania rzeczywistości, która dotyczy wszystkich ludzi - ekscytuje się. Razem z nią zaczynało ze 30 młodych. Dostali dobrą lekcję. Dziś każdy z nich jest na zawodowym i finansowym szczycie. Potem było jeszcze kilka kancelarii prawnych, zanim postanowiła pójść na swoje.
- Ale miałam też balangowy okres w życiu - przyznaje ze śmiechem. To było w 2005 i 2006 r. Dziś nie wie, skąd miała na to siłę. Łazili z klubu do klubu - domowy biforek, potem koło 23.00 Foksal, później Cynamon, by rano się spotkać w Klubokawiarni, koniecznie z przerwą na kebaba na Krakowskim Przedmieściu. Była ich spora grupa - 15 balangowiczów. Dołączali do nich ekspaci pracujący w Polsce, z którymi nawiązywali kontakt za pomocą mało popularnych jeszcze sieci społecznościowych typu Smallword. Dzięki nim dotykali zachodniego świata, do którego podchodzili wcześniej nieufnie, ale teraz gubili kompleksy.
Imprezowe życie się skończyło, podobnie jak szastanie pieniędzmi. Większość towarzystwa pozakładała rodziny. A po tamtym okresie prócz fajnych wspomnień zostały znajomości. Te procentują do dzisiaj w biznesie.
- Trzeba mieć do kogo zadzwonić - potwierdza Wojciechowski. Pierwszego dnia "na swoim" usiadł w fotelu, w małym biurze i zaczął się zastanawiać, jak zarobić pierwsze pieniądze. Nie chciał brać ani grosza z pieniądzy odłożonych na wszelki wypadek, dla rodziny. Jego kapitałem były wiedza, umiejętności i to, że spotkał w życiu wielu ludzi, więc notes był pełen numerów telefonów. Wykręcił pierwszy, jaki mu przyszedł do głowy. "Słuchaj, stary, założyłem firmę, czy mogę ci jakoś pomóc?". Po trzech dniach miał już pierwsze zlecenie. Po tygodniu był dość zarobionym, jak mówi, ale całkiem zamożnym człowiekiem. - Wygrałem, bo poszedłem jak burza, nie czekałem. Znam wielu zdolnych, którzy ponieśli klęskę, bo mówili sobie, że zaczną pracę od jutra - ocenia. I dodaje, że jeśli o zarabianie chodzi, to najlepiej inwestować w siebie - trzeba umieć i wiedzieć. A także w innych ludzi, to się zawsze zwraca. Dlatego niektórymi rzeczami zajmuje się na zasadzie wolontariatu. Żeby zrobić przyjemność innym, ale też aby utrzymać się w stanie pozytywnego napięcia.
- Ludzie są najważniejsi - przyznaje Berezowski. On zaczynał biznes do spółki z dwoma kolegami. Totalna determinacja i zero oglądania się na boki. Trzeba poświęcić wszystko. Zna przypadki, że ludzie mieli dobry pomysł, ale bali się stracić etat i pensję w firmie, w której akurat pracowali. Próbowali czegoś swojego na boku. Żadnemu się nie udało. On postawił wszystko na jedną kartę i zwolnił się z MRM Worldwide - McCann Worldgroup, gdzie był dyrektorem. Wtedy, jak zauważył, stał się bardziej oszczędny. Prosty powód: wciąż trzeba było inwestować w firmę. A kiedy pojawili się pracownicy, doszła odpowiedzialność za nich i byt ich rodzin.
Biedni bogaci
- Skłonność do szastania pieniędzmi jest raczej przypisana pracownikom, nie pracodawcom - kwituje Rzepecka. Oni dodają sobie ważności, otaczając się gadżetami, wykrwawiając na rzeczy: ciuchy, mieszkania, wakacje, imprezy, na które ich nie stać. - Kupują sobie status - zauważa Artur Król, psycholog, właściciel firmy ChangeMakers. A to kosztowna zabawa, która przypomina niekończący się wyścig zbrojeń. Najpierw budujesz na kredyt dom na osiedlu, gdzie mieszkają ludzie, do grona których chciałbyś należeć. Musisz mieć dobre auto, które zaparkujesz przed domem. Najlepiej ciut lepsze niż sąsiad. Do tego kwestia wakacji, futra dla żony, elitarnego hobby... Spirala się nakręca. To, mówi Król, biedni bogaci. Ludzie, którzy byliby zamożni, ale tyle inwestują w pozory, że nie stać ich już na nic więcej. A jeśli stracą źródło dochodu, będą mieli kłopot.
Tak jak jeden z moich rozmówców, menedżer z grubą pensją: wybudował dom za 1,5 mln zł, oczywiście na kredyt (rata 10 tys. zł). Do tego auto na leasingu za 3 tys. zł miesięcznie, szkoła dziecka 2 tys. zł, opiekunka dla młodszego drugie tyle. Obowiązkowe hobby - golf, bo przecież szef z niegolfiarzami nie gada. Trzeba też dać żonie na waciki, a gdzie jedzenie w restauracjach, gdzie rozrywki? Aby urządzić dom, wynajął architekta wnętrz, zabawa kosztowała go 150 tys. zł. Musiał. Wszyscy tak robią. - Żyję jak dziad - wzdycha. I dodaje, że ma wrzody, bo jest cały w stresie. Źle śpi. Bo co, jeśli go zwolnią? Będzie bankrutem.
Bankrutami są już Kaśka i Marek, którzy przyjechali do Warszawy robić karierę. Wynajęli apartament na Mokotowie, posłali dziecko do prywatnej szkoły. Ponad rok temu oboje stracili pracę, do dziś nie mają nowej. Ale nie zmienili mieszkania ani przyzwyczajeń. - Musimy być wśród ludzi takich jak my, inaczej nigdy nie znajdziemy dobrej roboty - tłumaczą. Na razie przejedli dom, który mieli w rodzinnej miejscowości. Wykorzystali do granic możliwości wszystkie karty kredytowe. Ale wciąż zachowują pozory.
Głupota? - Tak, ale to zachowania typowe - podsumowuje psycholog. Tak jest w Dolinie Krzemowej, gdzie młodzi informatycy, zarabiający zaledwie miliony dolarów, nie mogą znieść tego, że za płotem mieszkają miliarderzy. Przy nich czują się biedakami. Starają się więc ich dogonić, pracują po 16 godz. na dobę, zakładają kolejne dot-comy, by spróbować trafić na żyłę złota i przebić sąsiadów. A mogliby się przeprowadzić parę kilometrów dalej, w miejsce, gdzie to oni byliby najbogatsi. Tam mogliby jeździć nawet starym samochodem, bo to oznaczałoby, że mają taki kaprys. A nie, że ich nie stać.
A propos samochodów: jak mówi Marek Wojciechowski, trzeba uważać, żeby nie wybrać zbyt drogiego (przypadek Rafała Bauera). On sam teraz jeździ audi A6, które nie rzuca się w oczy, ale dawniej lubił zaszpanować. Kiedyś umówił się na lunch z dyrektorem fabryki mebli, mieli robić wspólnie interes. Wszystko wydawało się dogadane. Do czasu, kiedy wyszli na parking. Dyrektor w drodze do swojego forda focusa obejrzał się i zobaczył, jak Wojciechowski wsiada do wypasionej alfy romeo ze skórzanymi siedzeniami. - W jego oczach zobaczyłem coś takiego... Już wiedziałem, że nie będziemy ze sobą współpracować - opowiada.
To była dobra lekcja umiaru. Teraz stara się nie afiszować. Nawet na wakacje jeździ do Starych Jabłonek zamiast za granicę. Zresztą zdążył zwiedzić egzotyczne kraje, już nie ma takiej potrzeby. Rafał Bauer za granicę wybiera się tylko zimą, do Chamonix - w miarę blisko, dobre warunki i rozsądne wobec oferty ceny. Wakacje spędza, jeżdżąc po kraju z dziećmi, albo siedzi w letnim mieszkaniu nad Zalewem Zegrzyńskim. Wprawdzie jest znany z odlotowych strojów, ale ubiera się "po gospodarsku", w swoich sklepach. - Tylko skarpetki mam nie rage-age’owe - śmieje się. Jedzenie? Na warszawskim Soho są dwie dobre knajpy, więc też jada jak gdyby u siebie. Zresztą lunche i obiady to część jego pracy, bo przy stoliku załatwia interesy. Więc bardziej nęci go cukiernia pani Krysi w pobliżu szkoły dzieci. To jest luksus i wyzwanie, żeby się oprzeć pokusie.
Marek Wojciechowski się śmieje. - Mam proste gusty, lubię wszystko co mączne, te nasze pierogi i pyzy. Z alkoholi świata preferuję zamrożoną czystą wódkę, więc jestem dość tani w utrzymaniu - mówi. Może przynajmniej jakieś luksusowe hobby? Zbiera szwajcarskie zegarki. Czasem używa ich w szkoleniach biznesmenów. Rozkłada jeden na części i prosi, aby go złożyli. I potem okazuje się, że zostaje im jakieś 50 elementów, a zegarek chodzi. - To tak jak z życiem - moralizuje. - Może być perfekcyjnie poukładane, doskonałe jak szwajcarski zegarek albo niechlujne, a mimo to dalej się toczyć.
Sam stara się wszystko wokół siebie dobrze układać i porządkować. Ograniczył sen do 4 godzin, więc tygodniowo zyskuje jeden dzień na życie. W wolnym czasie ("Biegam, wszyscy biegają"), pisze książki, kryminały, bo lubi. Pod pseudonimem, dobrze się sprzedają. Teraz myśli o założeniu wydawnictwa, można połączyć przyjemne z pożytecznym. Jakiej marki jest jego garnitur? Nie wie. Ma ważniejsze sprawy na głowie.
Bajki dla mas
- Thomas Stanley, zanim napisał książkę "Sekrety amerykańskich milionerów", gruntownie przebadał grupę 500 milionerów oraz 5000 "biednych bogatych" - opowiada Artur Król. I wyszły mu rzeczy niezwykłe. Tylko jeden z dziesięciu wydał kiedykolwiek na ubranie dla siebie lub kogoś z rodziny jednorazowo kwotę większą niż tysiąc dolarów. Za to aż jedna czwarta z nich nigdy nie zapłaciła za ciuchy więcej niż 285 dol. Jeśli chodzi o buty - połowa chodzi w nie droższych niż za 140 dol. Jedna dziesiąta ma zegarki tańsze niż, w przeliczeniu, 200 zł.
To dość nieoczekiwany wynik, zwłaszcza kiedy się go zderzy z obrazem ludzi zamożnych lansowanym przez media - imprezami w modnych klubach, kreacjami wartymi tysiące dolarów. - Ściema. Bajka dla mas. Odpowiedź na zapotrzebowanie społeczne - podsumowuje Król. Nawet wczorajsi bogowie rozkładówek, jeśli nie zainwestowali mądrze w przyszłość i siebie, są bankrutami. Jak Nicolas Cage, który ma dziś problemy z płaceniem rachunków. Albo Mike Tyson - za niewielkie pieniądze występuje na scenie dla turystów w Vegas.
Powód jest jeden: mieszają nam się w głowach bogactwo i prestiż. Gdyby przepytać ludzi na ulicy, jakim biznesem chcieliby się zajmować, większość wybrałaby branżę muzyczną, aktorską albo przynajmniej prowadzenie luksusowej knajpy. Nikt by nie powiedział, że pragnie zaistnieć w branży funeralnej, choć np. w USA na 5 tys. firm pogrzebowych w ciągu pierwszego roku działalności bankrutuje zaledwie 15, a restauracji aż 80 proc. Tak, prawdziwe pieniądze, a więc bezpieczeństwo i dobrobyt, leżą w nieatrakcyjnych branżach - w śmieciach, w złomie. Ale to się na Pudelka zupełnie nie nadaje.
@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.000007100.804.jpg@RY2@
bloomberg
@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.000007100.805.jpg@RY2@
@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.000007100.806.jpg@RY2@
ap
Mira Suchodolska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu