Murray stał się postrachem rywali. W tenisie może ruszyć nowa era
Mało kto dawał mu szansę na złoto. Ale dzięki silnej motywacji pokonał tenisistę wszech czasów Rogera Federera
Stojąc na podium ze złotym medalem olimpijskim na szyi, Andy Murray miał minę człowieka, któremu zdjęto właśnie z pleców ogromny ciężar. W końcu mu się udało, wreszcie wytrzymał presję i nie zawiódł w decydującym momencie. 25-latek z Dunblane długo uchodził za człowieka, który - kolokwialnie mówiąc - ma wszystko i wszystkich w... dużym poważaniu. Na korcie jakby nieobecny myślami. Jeśli już okazujący emocje, to negatywne. Wiecznie niezadowolony - ze swoim byłym trenerem, słynnym Bradem Gilbertem, potrafił pokłócić się nawet o to, jakiej muzyki mają słuchać w samochodzie.
To jednak tylko pozory. Zresztą w ostatnim czasie coraz częściej oglądaliśmy zupełnie innego Murraya. Bardziej ludzkiego, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Gdy kilka tygodni temu przegrał w finale Wimbledonu z Rogerem Federerem, po meczu zalał się łzami. Nie pierwszy zresztą raz. Zmarnowane szanse i rosnąca presja ze strony rodzimych mediów czekających, aż wygra w końcu turniej Wielkiego Szlema, robiły się nie do wytrzymania. Tu co prawda wszystko jeszcze przed Andym (na razie cztery razy przegrał w finale), ale jak mówi słynny Mats Wilander rozpoczynający się pod koniec sierpnia kolejny turniej tego cyklu (US Open) będzie dla niego zupełnie inny.
- Pojedzie do Nowego Jorku ze świadomością, że wygrana jest na wyciągnięcie ręki. Teoretycznie to może być nawet łatwiejsze niż wygranie igrzysk, bo zagra z dala od domu. Mniejsza będzie histeria wokół niego - uważa były numer 1 męskiego tenisa, dziś ekspert Eurosportu.
Na charakter Murraya być może wpłynął fakt, że jako dziecko otarł się o śmierć. Miał niespełna 9 lat, gdy do jego szkoły w rodzinnym miasteczku wtargnął bezrobotny Thomas Watt Hamilton, wyjął broń, zastrzelił 16 dzieci, nauczyciela i na końcu samego siebie. Mały Andy miał szczęście. Szedł właśnie do sali gimnastycznej, gdy usłyszał, że ma natychmiast się schować. Wskoczył pod najbliższe biurko i tam przeczekał masakrę, w której zginął m.in. brat jego najlepszego kolegi. Niechętnie mówi o niej w wywiadach.
Swoje zrobił też zapewne rozwód rodziców (rozstali się tuż przed jego dziesiątymi urodzinami), chociaż... Sympatycy tenisa z pewnością wiedzą, że ma starszego o rok brata, który również uprawia ten sport. Z dużo gorszym skutkiem, bo sukcesy odnosi tylko w grze podwójnej (jest też mistrzem Wimbledonu w mikście). Jamie to przeciwieństwo Andy’ego - miły, grzeczny, zawsze uśmiechnięty.
Obaj zaczęli grać pod wpływem matki, Judy Murray, byłej zawodniczki i wielokrotnej mistrzyni Szkocji. Z tą jednak różnicą, że o ile Jamie zaczął ćwiczyć w ośrodku brytyjskiego związku tenisowego w Cambridge (po niespełna roku wrócił, bo nie robił postępów), o tyle młodszy brat mając 15 lat wyemigrował do Barcelony. Młody Szkot szybko zaczął udowadniać, że ma nieprzeciętny talent. Pierwsze zawodowe sukcesy odnotował dosłownie chwilę po osiągnięciu pełnoletności. W czerwcu 2005 r. otrzymał "dziką kartę" do londyńskiego turnieju w Queen’s Clubie, i dotarł do III rundy. Powtórzył to podczas Wimbledonu. W październiku osiągnął w Bangkoku swój pierwszy finał w cyklu ATP Tour, a w lutym 2006 r. triumfował w San José.
Kolejne lata były nieprzerwanym pasmem wzlotów i upadków. W 2008 r. rozpoczął sezon w imponującym stylu, wygrywając turniej w Dausze i z miejsca stając się jednym z faworytów Australian Open. W Melbourne przegrał jednak już w I rundzie. Równie szybko pożegnał się z turniejem olimpijskim w Pekinie, by kilka tygodni później przebić się do finału US Open.
Przełomem w karierze Murraya było rozpoczęcie (od stycznia) współpracy z Ivanem Lendlem. - On rozumie mój ból - mówił na jej początku, bo urodzony w Pradze były lider rankingu ATP również długo nie mógł wygrać turnieju Wielkiego Szlema (też zaczął od czterech porażek w finałach). Pod jego kierunkiem bardzo się zmienił. Poprawił forhend, serwis, zaczął grać agresywniej. Widać to było w finale turnieju olimpijskiego.
- Kiedy gra na takim poziomie jest teoretycznie nie do pokonania. Nie twierdzę, że ma więcej talentu niż Federer, ale na pewno wydaje się bardziej utalentowany niż Djokovic. Nowy Murray będzie postrachem dla swoich rywali - uważa inny ekspert Eurosportu, Annabel Croft.
@RY1@i02/2012/153/i02.2012.153.00000140d.802.jpg@RY2@
To nie lada sztuka pokonać Rogera Federera. Tylko tenisista światowej klasy jest do tego zdolny
Hubert Zdankiewicz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu