Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Steve Jobs: geniusz, wariat i palant

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Steve Jobs już za życia był bez dwóch zdań największą legendą współczesnego biznesu. Jego przedwczesna śmierć jesienią ubiegłego roku uczyniła z założyciela Applea postać wręcz ikoniczną. Napisać książkę czy zrobić film o ojcu iPhonea to już zdecydowanie zbyt mało. Teraz nadszedł czas na komiks z Jobsem w roli głównej. Efekt jest zaskakująco dobry.

"Komiks? O Jobsie? Przecież to będzie nieznośnie patetyczny panegiryk opłacony przez imperium Applea!". Jeśli taka była, drogi czytelniku, pierwsza twoja myśl na wieść o tej publikacji, to doskonale cię rozumiem. Sam miałem podobne wątpliwości. A jednak komiksowi warto dać szansę. Dlaczego? Bo nie jest PR-owską agitką i sam doskonale się broni - nie tylko świetnymi rysunkami, lecz także dobrze skonstruowaną, wciągającą fabułą i inteligentnym przewrotnym przesłaniem.

"Zen Stevea Jobsa" nie jest klasyczną biografią w stylu "urodził się..., już od najmłodszych lat..." etc. Za pomocą krótkich, dosadnych dialogów oraz świetnych, choć oszczędnych rysunków opowiada tylko jeden (i to wcale nie tak dobrze znany) wycinek z życia kalifornijskiego przedsiębiorcy: jego związki z filozofią zen i znajomość z buddyjskim kapłanem Kobunem Otogawą. Pochodzący z Japonii Otogawa prowadził od lat 60. jedną z najbardziej znanych szkół zen w Kalifornii. Jobs trafił do niej w połowie lat 80., gdy przegrał walkę z ówczesnym zarządem Applea i z poranionym ego musiał odejść z firmy, którą przed laty sam założył. Otogawa, sam niemający najłatwiejszego charakteru, polubił młodszego o dwie dekady biznesmena o rogatej duszy oraz niekonwencjonalnych pomysłach. Znajomość (momentami nawet przyjaźń) trwała przez wiele następnych lat. Dokładnie w tym samym czasie Jobsowi udał się triumfalny powrót do wielkiej biznesowej gry uwieńczony wprowadzeniem na rynek takich hitów, jak iPhone czy iPad. Zdaniem autorów komiksu związek między filozofią (a zwłaszcza estetyką) zen a designerską oraz technologiczną doskonałością produktów Applea jest kluczowy.

Książeczka daleka jest jednak od heroizowania Jobsa. Jest przewrotna. Zaczyna się jak klasyczna opowieść o spotkaniu zdolnego ucznia z charyzmatycznym nauczycielem. Ale potem skręca w innym kierunku. Widać w niej doskonale, że zainteresowanie przedsiębiorcy z Cupertino buddyzmem wcale nie było głębokie. Nie towarzyszyła mu religijna przemiana. Jobs szukał w zen sposobów na poszerzenie swojego zmysłu estetycznego i przełożeniu wniosków na zbudowanie przewagi konkurencyjnej w biznesie. Ten komiks jest zbyt inteligentny, by jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy Steve Jobs był wizjonerem, geniuszem, wariatem, błaznem czy może zwyczajnym głodnym sukcesu... palantem. Pokazuje raczej, że odrobina racji jest w każdym z tych określeń.

@RY1@i02/2012/135/i02.2012.135.186001200.802.jpg@RY2@

Forbes/Jess3, "Zen Stevea Jobsa", Helion/OnePress, Gliwice 2012

Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.