Talent jakich mało
Robert Lewandowski ciężko pracował na swój sukces. Nieważne, czy był to III-ligowy klub, czy drużyna na europejskim poziomie
W ciągu roku Robert Lewandowski stał się gwiazdą europejskiego formatu. Został najlepszym piłkarzem Bundesligi i nic dziwnego, że niektórzy zastanawiają się, czy Borussia Dortmund nie stała się dla niego za ciasna. Dobry występ na Euro 2012 może być dla niego początkiem światowej kariery. Manchester United, Chelsea albo któryś z włoskich klubów? W jego przypadku nie jest to wykluczone. Bo tak utalentowanego piłkarza nie mieliśmy od dawna.
Na tle naszych zawodników, którzy grali w zagranicznych ligach, nikt nie sprawdził się tak jak on. Wysokie wymagania, silna presja i konkurencja spaliły niejeden talent. A Lewandowski cierpliwie, krok po kroku wykorzystywał daną mu szansę. Bo przecież początki w Borussii nie były dla niego łatwe. Nie grał co prawda ogonów, ale i nie był gwiazdą. Głównym napastnikiem był wówczas Lucas Barrios, a rolą Lewandowskiego było dogrywanie mu piłek. Raz nawet jeden z dziennikarzy sportowych "Polski", który pojechał na mecz do Dortmundu, zadał pytanie trenerowi Juergenowi Kloppowi, dlaczego Lewandowski, za którego transfer z Lecha niemiecki klub zapłacił 4,5 mln euro, nie gra w ataku. - Nie będziemy modyfikować systemu gry dla jednego zawodnika - odparł wówczas Klopp.
A Lewandowski spokojnie czekał na swoją szansę. Fortuna odwróciła się od Barriosa, gdy uległ kontuzji. Gdy wrócił do gry, Lewandowski nie oddał mu już pola.
Od dnia narodzin Roberta Lewandowskiego sport w jego życiu był jak chleb powszedni. Mama Ilona to siatkarka z tytułem mistrzyni Polski z AZS Warszawa. Ojciec Krzysztof, judoka i piłkarz Hutnika Warszawa, zajmował się trenowaniem piłkarzy w Partyzancie Leszno.
On sam mógł wybierać spośród wielu dziedzin sportu, które uprawiał: siatkówka, tenis stołowy, bieganie, judo. Ale zakochał się w piłce. - Nie umiem tego wytłumaczyć. Po prostu od samego początku liczyła się dla mnie tylko piłka. Była i zawsze będzie dla mnie na pierwszym miejscu - wspominał w rozmowie z "Polską". Dla ojca jasne było, że należy zapisać go do Legii. Ale Robert od początku nie miał szczęścia do wojskowych. Nie przyjęli go do żaków, bo nie było jego rocznika. Wylądował więc w Polonii, gdzie trenował z chłopcami starszym o trzy lata. W końcu przeniósł się do Varsovii - grał w niej do 17. roku życia. Krzysztof Sikorski, pierwszy trener Roberta, zapamiętał go jako chucherko. Najmniejszy w drużynie, nóżki jak patyczki, ale miał w nich tyle siły, że mógł czołg przesunąć.
W sportowym życiu Lewandowskiego wiele się zmieniło, gdy nagle zmarł jego ojciec. Szef Varsovii pomógł mu wówczas w przejściu do Delty - dzielnicowego klubu Sadyba. Robert mógł finansowo wspomóc mamę - dostawał 1,5 tys. zł miesięcznie. Znajomi Roberta z uśmiechem wspominają, że za transfer przyszłego najlepszego napastnika w obecnej reprezentacji Polski Varsovia dostała kilka piłek.
Lewandowski odpowiedzialnie podchodził do treningów, zdobywał gole. Ale po sezonie Delta Sadyba się rozpadła, więc ponownie trafił na Łazienkowską. I znów w Legii go nie chcieli. - Nie nadaje się, nic szczególnego - mówili. Był rozgoryczony. Dyrektor Krzywicki z Varsovii, do którego przyszedł po radę, zaproponował mu grę w III-ligowym Zniczu Pruszków. Robert schował dumę do kieszeni i zaczął grać. Był wtedy po kontuzji, bez formy, ale obudzona ambicja spowodowała, że się nie poddał. Ćwiczył jak szalony, również po treningach. W meczu Znicza z Legią na Łazienkowskiej strzelił gola. To była jego słodka zemsta.
Młodym piłkarzem zaczęły interesować się I-ligowe kluby: Cracovia i Jagiellonia Białystok. Proponowały nawet całkiem przyzwoite pieniądze. W Zniczu byli przekonani, że Lewy dogada się z Legią. I wyglądało na to, że rzeczywiście będzie grać na Łazienkowskiej, gdy do Pruszkowa zadzwonił dyrektor sportowy Legii Mirosław Trzeciak. - Nie potrzebujemy go, mamy już Arruabarrenę - powiedział. Ściągnięty Hiszpan, który miał być nadzieją warszawskiego klubu, okazał się jednak kompletnym niewypałem.
Do Lecha Poznań Lewandowski przeszedł za oszałamiającą jak dla Znicza sumę 1,5 mln zł. Jego talent eksplodował, i to już w pierwszym inauguracyjnym meczu sezonu 2008/2009 z GKS Bełchatów. Był na boisku ledwo cztery minuty, gdy strzelił swojego pierwszego gola w Ekstraklasie. I to piętą! Jego zachowanie po tej bramce było znamienne. Bo każdy inny piłkarz w szale radości biegałby po boisku i rzucał się na kolegów. A Lewandowski? - Podniósł tylko rękę i lekko się uśmiechnął. Jakby wykonał swoje zadanie i wracał do roboty. Na takie szczegóły zwracają uwagę skauci zachodnich drużyn - wspominał menedżer Lewandowskiego w rozmowie z "Polską".
W 2008 r. Leo Beenhakker powołał Lewandowskiego do reprezentacji. Ale nie dał mu szansy debiutu w rozpoczynającym eliminacje mundialu 2010 meczu ze Słowenią. Dopiero trzy dni później zagrał w spotkaniu z San Marino. Osiem minut po rozpoczęciu gry strzelił pierwszego gola w kadrze, ustalając wynik końcowy na 2:0. Tego samego roku w grudniu ogłoszono go odkryciem roku 2008. Na początku stycznia 2009 r. portal IMScouting.com wskazał go wśród 10 najbardziej obiecujących piłkarzy. O Lewandowskim robiło się coraz głośniej.
Kiedy zainteresowała się nim Borussia Dortmund, oferując 2,5 mln euro, Lech nie był zainteresowany sprzedaniem swojego zawodnika. Lewandowski miał nawet o to żal do działaczy. Obiecywano mu więc podwyżkę (zarabiał 10 tys. zł miesięcznie), ale kiedy menedżer się o nią upomniał, usłyszał, że podwyżką jest zgoda na transfer. Tylko nie wiadomo, kiedy miałby on się dokonać. Lewandowski, choć zły na taki bieg spraw, nie próżnował. Zdobył z Lechem mistrzostwo Polski, został królem strzelców i najlepszym piłkarzem ligi. Jego cena rosła. Chciały go Genoa i Blackburn Rovers. Ale on wybrał Borussię. Przeszedł do Dortmundu latem 2010 r. za ogromną kwotę 4,5 mln euro - najwyższą, jaką zapłacono za polskiego zawodnika z naszej ligi.
Silna konkurencja i rywalizacja z najlepszymi tylko wyzwoliły pokłady ambicji i pracowitości Lewandowskiego. Pojawiły się kontrakty reklamowe. - Słyszałem, że reklamuje maszynki do golenia, tak jak kiedyś Tiger Woods, Roger Federer czy Thierry Henry. Fajnie, naprawdę fajnie, to wielkie wyróżnienie, tylko tak się zastanawiam, co on będzie sobie golił, bo ma taki zarost, że prawie go nie widać. Pewnie skrobie się raz na tydzień - śmiał się Radosław Majewski, jego kolega ze Znicza Pruszków i reprezentacji Polski, dzisiaj pomocnik Nottingham Forest.
@RY1@i02/2012/110/i02.2012.110.18600040b.101.jpg@RY2@
Piotr Kucza/Newspix.pl
Lewy ma sprawić, że biało-czerwoni nie odpadną z turnieju tak szybko jak przed czterema laty. A im dłużej kadra utrzyma się w grze, tym bardziej wzrośnie jego wartość
Anita Czupryn
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu