Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Prosta sprawa

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Moim sąsiadom zepsuła się pralka. Pech (albo koreański producent) chciał, że stało się to dokładnie tydzień po tym, kiedy skończyła się gwarancja. Przyjechał człowiek z serwisu, ale zamiast śrubokrętów i klucza francuskiego przywiózł ze sobą laptopa. Podłączył go w tajemniczym miejscu i po minucie stwierdził, że uszkodzeniu uległa płyta główna. W pralce, nie w laptopie. Jej wymiana miała kosztować 800 zł, więc sąsiedzi doszli do wniosku, że z finansowego punktu widzenia lepiej będzie oddać sprzęt na złom i kupić zupełnie nowy.

To historia uświadomiła mi, do jak wielkiego marnotrawstwa doprowadziła nowoczesna technologia oraz ludzka potrzeba posiadania wszystkiego co najnowsze, najlepsze, najszybsze i najbardziej innowacyjne. Moi rodzice używali jednej pralki przez 10 lat i nic nigdy się w niej nie zepsuło - nie miała ani płyty głównej, ani bębna z włókna węglowego, ani wyświetlacza ciekłokrystalicznego, tylko jedno proste pokrętło i drzwiczki. A mimo to skutecznie usuwała nawet plamy z krwi. Wiem, bo często obrywałem od starszych kolegów.

Z kolei telefony dawniej służyły do prowadzenia rozmów i latami świetnie spełniały swoją funkcję. Dzisiaj robią zdjęcia, wysyłają e-maile, wyświetlają filmy, odtwarzają muzykę i tylko czekać, kiedy zaczną parzyć kawę. Tyle że każdy nowy model po mniej więcej pół roku staje się tak "technologicznie opóźniony", że odczuwacie natychmiastową potrzebę wymienienia go na coś nowszego i bardziej odjazdowego. A jeżeli tego nie zrobicie, za kolejne pół roku (i dzień po tym, kiedy skończy się gwarancja) sam się zepsuje, a jego naprawa okaże się całkowicie nieopłacalna.

Bardzo podobnie rzecz ma się z samochodami. Do dzisiaj po ulicach jeżdżą mercedesy W124 wyprodukowane na przełomie lat 80. i 90. - osobiście znane mi są egzemplarze, które przejechały od dnia swoich narodzin ponad pół miliona kilometrów, a mimo to są w doskonałej kondycji. Bo zbudowane zostały w czasach, gdy Bill Gates i spółka nosili pieluchy i nie mieli absolutnie nic do powiedzenia w kwestii projektowania aut. Niestety, gdy tylko dorośli i wepchali się ze swoimi komputerami, procesorami, płytami głównymi i programami pod karoserie samochodów, wszystko zaczęło się psuć. Wielokrotnie słyszałem opinie, że nowoczesne samochody projektowane są tak, aby przejechały w miarę bezawaryjnie 150 - 200 tys. kilometrów. Później częściej można je spotkać jadące na lawecie niż na własnych kołach. Oczywiście są ładne, zaawansowane technologicznie, urzekająco komfortowe i piorunująco dynamiczne, ale tracą na wartości szybciej niż greckie obligacje.

Na szczęście jest kilka odstępstw od tej reguły i za jedną z nich uważam volvo XC70. To taki stół z Ikei w świecie samochodów - pod względem stylistycznym nie wzbudza kompletnie żadnych uczuć, za to będzie wyjątkowo praktyczny, solidny i będzie służył latami. Kiedy BMW albo Audi budują samochód, myślą: "Zróbmy go tak, żeby zafundować kierowcy dreszcz emocji". Inżynierowie ze Szwecji wiedzą, że dreszcz emocji to wskoczyć nago do przerębla w jeziorze przy -20 stopniach Celsjusza. A samochód to środek transportu - ma być bezpieczny, komfortowy i użyteczny. I właśnie takie jest XC70. Każdy z pięciu pasażerów ma tu dość miejsca dla każdej części swojego ciała. W fotelach można siedzieć non stop przez tydzień i nie poczujemy bólu w krzyżu, a widoczność z miejsca kierowcy jest tak dobra, że porównać można ją wyłącznie z akwarium.

Co do wykończenia wnętrza to oczywiście są tu skóra, dobrej jakości plastiki i trochę aluminium, ale wszystko to emanuje szwedzkim minimalizmem. Nie ma miejsca na udziwnienia - wszystko podporządkowano ergonomii. Zanim w nowoczesnym bmw czy audi uda się zmienić stację radiową, najprawdopodobniej zdążymy dojechać na miejsce. O ile wcześniej nie uderzymy w drzewo, skupiając się na poszukiwaniu odpowiedniej komendy w komputerowym menu. Tymczasem XC70 ma na desce rozdzielczej tradycyjne przyciski, w dodatku wyjątkowo czytelnie opisane, więc wszystkim steruje się intuicyjnie.

Oczywiście pod względem osiągów 215-konnego silnika D5, zawieszenia i układu kierowniczego ten model Volvo prezentuje zauważalnie niższy poziom niż niemieckie auta klasy premium. Tyle że Szwedzi jasno dają do zrozumienia, że to nie auto do pokonywania górskich serpentyn z irracjonalnymi prędkościami. To po prostu rodzinne kombi, dające ogromne poczucie bezpieczeństwa. W dodatku zbudowane tak, że za 10 lat będzie równie dobre, jak dzisiaj.

@RY1@i02/2012/086/i02.2012.086.186000800.802.jpg@RY2@

Łukasz Bąk, zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Łukasz Bąk

zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.