Poprawiacz
Komisje ustawodawcze rzadko przyciągają uwagę mediów. Może dlatego, że nie sposób w nich brylować inaczej niż poprzez ciężką pracę. W Senacie takiej komisji przewodniczy mec. Piotr Zientarski, jedna z najbarwniejszych postaci parlamentu
Prawnik, społecznik, polityk... W zasadzie omówienie każdej z tych aktywności stanowi temat na opowieść znacznie przekraczającą objętość tego artykułu. Przyjaciele z podwórka pamiętają go jako grzecznego chłopca, który pilnie się uczył i grał na skrzypcach (prawie ukończył szkołę muzyczną pierwszego stopnia). Jednocześnie ciągnęło go do sportu, teatru, jazzu i początkowo na politechnikę. - Mimo że ojciec był prawnikiem, pozostawił mi swobodę działania. Zawsze byłem umysłem ścisłym, dlatego chciałem zdawać na uczelnię techniczną, ale choć matematyka czy fizyka nie stanowiły dla mnie problemu, to z kreśleniem było o wiele gorzej. Na miesiąc przed maturą zmieniłem fakultet na humanistyczny i poszedłem na prawo na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu - wyjaśnia senator Zientarski.
Nie od dziś wiadomo, że zdolność analitycznego myślenia bardzo pomaga w praktycznym wykonywaniu zawodu. Poza tym na prawie było zdecydowanie więcej dziewczyn niż na politechnice, a Piotr Zientarski nie ukrywa, że uczestniczył w życiu studenckim bardzo intensywnie. - Wtedy nie zabiegało się o piątki, ważne było, by zdać. Realizowaliśmy się w grupach twórczych, teatrach, kabaretach, zespołach muzycznych grających różne rodzaje jazzu, od free do tradycyjnego - wspomina prawnik, który zamienił już w tym czasie skrzypce na perkusję i jednocześnie kierował klubem studenckim Bratniak.
Działalności kulturalnej nigdy zresztą później nie porzucił. W 1976 r. założył Bałtycki Klub Jazzowy, któremu przewodził do 2000 r. W latach 80. pełnił funkcję prezesa Klubu Miłośników Sztuki w rodzinnym Koszalinie czy Koszalińskiego Towarzystwa Kulturalno-Oświatowego. Ale lata 80. to przede wszystkim udział w procesach politycznych, w których jako adwokat bronił opozycjonistów (m.in. Gabrielę Cwojdzińską, późniejszą senator pierwszej kadencji). Był także doradcą prawnym i pełnomocnikiem biskupa diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej, co spowodowało, że był inwigilowany i już w wolnej Polsce IPN przyznał mu status pokrzywdzonego.
Choć reprezentowanie Kościoła czy opozycjonistów sławy ani pieniędzy raczej nie przynosiło, mec. Zientarski twierdzi, że bez wahania decydował się na prowadzenie takich spraw.
- Dwaj bracia mojego ojca byli księżmi, więc pomoc Kościołowi traktowałem jako naturalną sprawę. Poza tym pochodzę z patriotycznej rodziny, dziadek był powstańcem wielkopolskim, ojciec, poza tym, że był sędzią, był też przewodniczącym Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich - tłumaczy.
Angażuje się w działalność charytatywną na rzecz dzieci, osób niepełnosprawnych i wykluczonych. Społecznikowskie zacięcie zaprowadziło go do polityki. - Od razu wiedziałem, że chcę startować do Senatu, bo jestem prawnikiem praktykiem, a w Senacie poprawia się prawo. To najlepsze miejsce do wykorzystania moich doświadczeń zawodowych i społecznych - wyjaśnia senator, który parlament uważa za fabrykę prawa, a siebie za "wykwalifikowanego robotnika" tej fabryki. Choć należałoby raczej napisać "przodownika pracy". - Jest tytanem pracy. Statystyki są nieubłagane, komisja ustawodawcza, do której trafiają najważniejsze ustawy, zbiera się najczęściej. Jeśli dodamy do tego posiedzenia Krajowej Rady Sądownictwa, to widać, że senator Zientarski jest jednym z najbardziej zapracowanych parlamentarzystów - zauważa prof. Marek Chmaj, pod kierunkiem którego senator się doktoryzował. - Pracę pisał, co też jest wyjątkowe, po pięćdziesiątce, a to jednak wymaga nie tylko chęci, ale i czasu oraz samozaparcia. Pamiętam, że na pierwszym spotkaniu powiedziałem mu, że podejmę się jej promowania pod warunkiem, że w pełni poświęci się tej pracy. Tak się zawziął, że po półtora roku od spotkania praca doktorska była praktycznie gotowa - wspomina konstytucjonalista.
Senator Grażyna Sztark, która współpracuje z mec. Zientarskim zarówno w KRS jak i komisji ustawodawczej, podkreśla to, jak świetnym jest on organizatorem. - Jest w stanie tak wszystko poukładać, że choć mamy bardzo dużo pracy, to żadnych zaległości - podkreśla parlamentarzystka.
Za najtrudniejsze w pracy w komisji ustawodawczej Piotr Zientarski uważa działanie pod presją czasu. - Niekiedy są de facto tylko dwa tygodnie na rozpatrzenie projektu, nad którymi komisja kodyfikacyjna i Sejm męczą się dwa lata. Ostatnio nad kodeksem wyborczym pracowaliśmy dzień i noc. Zabrałem się więc do cięższej niż kiedykolwiek roboty, mając ogromne poczucie odpowiedzialności za jej rezultaty - dodaje.
@RY1@i02/2013/236/i02.2013.236.07000030c.802.jpg@RY2@
fot. wojtek górski
Piotr Zientarski
Piotr Szymaniak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu