Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Kiedyś się jeszcze zabawimy...

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

O każdej marce samochodów da się coś powiedzieć, w jakiś sposób ją zdefiniować, zaszufladkować, przypisać jej jakieś cechy czy po prostu wskazać grupę odbiorców, którym się spodoba. Volkswageny są twarde jak cegła i tak samo jak ona porywające stylistycznie, cadillacami jeżdżą handlarze narkotyków, a skodami - sprzedawcy pasków wybielających do zębów. Aston Martin i Bentley to ulubione marki lalusiowatych piłkarzy, Mercedes - ich anorektycznych dziewczyn Toyota zbudowała swój wizerunek na fundamencie niezawodności, nissany są paskudne, citroeny mają tyle elektroniki, że powinny być sprzedawane w Media Markt, a przyznanie się w towarzystwie do posiadania dacii jest jak przyznanie się do noszenia jednej pary majtek przez okrągły rok. Po prostu każde auto jakieś jest - złe lub dobre, brzydkie czy ładne, szybkie albo wolne etc. Oprócz fordów. O nich nigdy nie potrafiłem powiedzieć nic, poza tym, że są produkowane gdzieś w Europie (albo w Azji. A może na Antarktydzie?), z reguły mają cztery koła i zazwyczaj poruszają się na nich w zadanym kierunku. Nie zauważałem ich na ulicy, nie wiedziałem, jak często się psują, ani nawet nie znałem nikogo, kto chciałby mieć forda. Fordy były tak nijakie i bezosobowe, że kiedyś zaparkowałem jednego w swoim garażu i na śmierć o nim zapomniałem. Stał tam tydzień z okładem, dopóki ludzie z Ford Polska nie zorientowali się, że brakuje im jednego egzemplarza mondeo. A może to był focus? Albo transit? Hm... szczerze mówiąc, nie pamiętam.

Możecie zatem wyobrazić sobie moją minę, gdy okazało się, że jedynym autem, jakie pozostało mi do dyspozycji w mijającym tygodniu, była fiesta. Z uwagi na moje gabaryty oraz to, że codziennie przejeżdżam około 50 km autostradą, nie jestem fanem małych miejskich samochodów. Uważam je za motoryzacyjny odpowiednik komara - najchętniej wszystkie je bym wybił, ale wiem, że to niemożliwe, więc staram się je odganiać. Przed fiestą mi się nie udało. Dopadła mnie.

Wersja, którą jeździłem, różniła się od zwykłej dwiema dodatkowymi literami dopisanymi na atrapie chłodnicy i klapie bagażnika - ST. Na początku myślałem, że to skrót od słowa "straszny" albo angielskiego "stupid", ale nic głupiego ani przerażającego się nie wydarzyło. Chyba że za takie uznać fakt, że po przejechaniu 700 km nadal nie potrafię nic napisać o wnętrzu samochodu, nie mam pojęcia, czy jest przestronny, jaki ma bagażnik, nie wiem nawet, jakiego był koloru. Ale tym razem nie pamiętam tych rzeczy wyłącznie dlatego, że w przypadku tego auta okazały się kompletnie nieistotne. Bo gdy zatrzaskujecie za sobą drzwi ST, zaczyna się liczyć tylko jedno - droga. Byle długa, kręta i pusta.

Boże, jaki to wspaniały samochód! Możecie mi nie wierzyć, ale takiego wrażenia jak fiesta nie zrobiło na mnie ani bmw M5, ani audi RS6, ani porsche 911 carrera S. Owszem, one wszystkie są piekielnie szybkie, doskonałe pod względem technicznym, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, ale jednocześnie drogie, ociężałe i momentami aż przerażające w całej swej potędze. Wyobraźcie sobie wielkiego nosorożca na sterydach rozpędzonego do autostradowej prędkości - właśnie takie są supersamochody. Przy nich fiesta to lekki jak piórko trzmiel, któremu ktoś przymocował do odwłoka rakietę Tomahawk. Jest nie tylko szybka, ale też zwinna, prowokująca, zadziorna, dzika. Producent twierdzi, że przyspiesza do setki w 6,9 sekundy, ale subiektywnie rzecz biorąc, nie trwa to dłużej niż 2,5 sekundy. Wydaje się przy tym, że każdy ze 182 koni ma formę maratończyka - nie zna pojęcia zadyszki.

Największą jednak frajdę sprawia prowadzenie tego samochodu. Zazwyczaj lekkie przednionapędowe wozy o mocy oscylującej wokół 200 koni są nieobliczalne. Pewnego dnia postanawiacie poprowadzić taki wóz jedną ręką, ale podczas startu dodajecie ciut za dużo gazu, koła i kierownica zaczynają rzucać się jak tuńczyk wrzucony do akwarium z rekinami i po chwili okazuje się, że urwało wam prawicę na wysokości łokcia. W fieście jest zupełnie inaczej - spokojnie moglibyście prowadzić ją jedną ręką, ale wierzcie mi - nigdy tego nie zrobicie. Bo tylko trzymając obie dłonie na małym, poręcznym, obitym skórą kółku, będziecie mogli czerpać ze studni wrażeń, jakich dostarczają układ kierowniczy i zawieszenie. To ostatnie jest wręcz "idealnie twarde", czyli - mówiąc obrazowo - na tyle twarde, aby sprawić wam przyjemność, ale nie na tyle, abyście odczuwali ból. To samo dotyczy hamulców. W tego typu autach bardzo często działają one dwubiegunowo - naciskacie pedał i zupełnie nic się nie dzieje albo dla odmiany rozkwaszacie sobie nos o przednią szybę. Tymczasem w fieście wszystko regulujecie płynnie i intuicyjnie. A do kompletu dostajecie skrzynię biegów precyzyjną jak chirurg naczyniowy, a także doskonale wyważone sprzęgło, pozwalające ruszyć bez najmniejszych szarpnięć nawet człowiekowi o drewnianych nogach. Poza tym na szóstce równie dobrze możecie jechać tylko 50 km/h albo maksimum 220 km/h. We względnej ciszy, ale z zachowaniem sportowego gangu tłumika. Po prostu wszystko w tym aucie zostało idealnie wyważone, z niczym nie przesadzono. Dzięki temu ST nie męczy w codziennym użytkowaniu, a przy tym na każdym metrze ujawnia swoją dziką naturę.

Zachwycam się? Owszem. I mógłbym dalej, dopóki nie znalazłbym właściwych słów opisujących radość, jaką daje prowadzenie tego samochodu. Niestety już dawno skończyło mi się miejsce, więc pewnie na etapie redakcji i tak wyparowała połowa tego, co chciałem napisać o ST. Może ostanie się chociaż to: w gabinetach psychiatrycznych powinno się przepisywać fiestę w charakterze środka antydepresyjnego, a NFZ powinien wpisać ją na listę leków refundowanych. Szczególnie że jest tania - kosztuje 75 tys. zł, co czyni z niej okazję stulecia. Na pewno ma jakieś wady, ale ja nie znalazłem ani jednej. A nawet jeżeli, to już o niej zapomniałem. Nigdy nie sądziłem, że kiedyś to napiszę - Fiesta ST jest nie tylko najlepszym Fordem, jaki kiedykolwiek powstał. Jest też jednym z najlepszych samochodów na świecie w ogóle i trafia na składającą się z niewielu pozycji listę aut, które chciałbym mieć. I w przeciwieństwie do innych, jakie się na niej znajdują, akurat przy niej kiedyś będę mógł postawić znaczek "ST", co będzie oznaczało "SToi w moim garażu".

@RY1@i02/2013/208/i02.2013.208.00000210d.803.jpg@RY2@

Ford Fiesta ST

@RY1@i02/2013/208/i02.2013.208.00000210d.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Łukasz Bąk

 zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.