Babskie uniwersytety
Gdy Polki postanowiły się kształcić, żadna siła nie potrafiła ich powstrzymać, niezależnie, czy były to bieda, uprzedzenia, konserwatywni profesorowie, czy rosyjska policja polityczna
Raport datowany na 23 października 1893 r., który trafił z Warszawy na biurko ministra spraw wewnętrznych Rosji Iwana Nikołajewicza Durnowy, zaskakiwał swoją treścią. Jak donosił miejscowy oddział tajnej carskiej policji ochrany: "Drogą wewnętrznej agentury otrzymano wiadomość, iż osiem albo dziewięć lat temu, staraniem redaktora czasopisma «Przegląd Pedagogiczny» - Władysława Dawida - i jego żony Jadwigi z domu Szczawińskiej utworzony został istniejący obecnie tajny żeński uniwersytet, znany w społeczeństwie warszawskim pod kryptonimem «Uniwersytet Babski» bądź «Latający»". Wedle informacji zdobytych przez agentów ochrany nielegalna wyższa uczelnia prowadziła zajęcia w prywatnych mieszkaniach, a jej kadrę stanowili wybitni naukowcy. "Uniwersytet ten cieszy się szczególną sympatią w polskim społeczeństwie, gdyż daje młodym dziewczętom sposobność poznania nauki w szerokim zakresie, a jednocześnie stara się przygotować swoje słuchaczki do przyszłej działalności patriotycznej w duchu antyrządowym. Liczba słuchaczek żeńskiego Uniwersytetu jest dość znaczna, w przybliżeniu wynosi od 180 do 200 osób" - donoszono szefowi MSW. Tak naprawdę Uniwersytet Latający tamtej jesieni rozpoczynał dziesiąty rok działalności, a nauki na nim pobierało wówczas ok. tysiąca studentek. I to w czasach, gdy w imperium Romanowów rzeczą nie do pomyślenia było, żeby kobieta chociaż zamarzyła o wyższym wykształceniu.
Kobieta pracująca
Na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej, podobnie jak w całej Rosji, po ukończeniu szkoły średniej uczennice mogły co najwyżej zapisać się na kurs zawodowy uczący profesji niewymagającej zbyt wielkiego wysiłku intelektualnego. Wyjątek stanowiła praca nauczycielki zajmującej się młodszymi dziećmi. Tymczasem dwie dekady po powstaniu styczniowym młode pokolenie, niepamiętające już klęski, tworzyło tajne organizacje, do których ochoczo wstępowały panie z inteligenckich rodzin. Wśród polskich elit coraz popularniejsze stawały się także hasła socjalistyczne i emancypacyjne. Pod ich wpływem zaczynano dostrzegać, że trudno mówić o równych prawach obu płci, skoro nawet najzdolniejsze z kobiet nie miały szansy pogłębiać swojej wiedzy i rozwijać talentów naukowych. To zaś blokowało im dostęp do najbardziej prestiżowych zawodów oraz stanowisk.
Za taki stan rzeczy winiono przede wszystkim okupanta, modne stało się więc zakładanie przez młode nauczycielki kółek samokształceniowych umożliwiających wzajemną pomoc w pogłębianiu wiedzy. Ich inicjatywy nie uszły uwagi mocno angażującej się w działalność społeczną Jadwigi Szczawińskiej, "gorącej rzeczniczki socjalizmu i postępu, dążącej do podniesienia oświaty ludowej" - jak opisywała ją pięćdziesiąt lat później w monografii "Uniwersytet Latający" Janina Mackiewicz-Wojciechowska. Szczawińska na co dzień zajmowała się tworzeniem ruchu sufrażystek oraz prowadzeniem biura pośrednictwa pracy dla kobiet, "wyszukując dla mniej zamożnych środki do życia, skierowując dziewczęta do pracy pedagogicznej lub społecznej" - relacjonowała Mackiewicz-Wojciechowska.
Z inicjatywy Szczawińskiej jesienią 1883 r. powstała w Warszawie konspiracyjna uczelnia wyższa jedynie dla pań. Jej twórczyni miała ambicję, by szkoła zapewniła swym studentkom wykłady i ćwiczenia z przyrody, matematyki, nauk społecznych, pedagogiki i historii na akademickim poziomie. Stało się to możliwe, ponieważ namówiła do prowadzenia zajęć najwybitniejszych uczonych. Wysoki poziom wykładów z biologii zapewniali pierwszy polski bakteriolog Odo Bujwid i zoolog, zwolennik ewolucjonizmu Józef Nusbaum-Hilarowicz. O wiedzę studentek z zakresu chemii troszczył się pionier badań nad kinetyką chemiczną Józef Jerzy Boguski oraz jego kolega Napoleon Milicer. Historyk literatury Bronisław Chlebowski odpowiadał za edukację humanistyczną pań. Z kolei informacjami na temat psychologii dzielił się z nimi wybitny specjalista w tej nowej dziedzinie wiedzy Jan Władysław Dawid, a nauki społeczne wykładał pionier socjologii Ludwik Krzywicki. Lista uczonych zaangażowanych w działalność zakonspirowanej uczelni była dużo dłuższa. Odmówienie pomocy traktowano jako postawę głęboko niepatriotyczną. Dzięki temu przez lata uniwersytet nazywany "latającym", choć nie posiadał własnej siedziby, działał bardzo sprawnie. Wykłady organizowano w prywatnych mieszkaniach profesorów lub rodziców studentek. Ćwiczenia praktyczne odbywały się zaś w całkiem dobrze wyposażonych laboratoriach naukowych. Eksperymenty chemiczne studentki mogły przeprowadzać regularnie dzięki udostępnieniu im pracowni firmy Fabryka Farb i Lakierów W. Karpiński & W. Leppert. Wieczorami mogły też korzystać z laboratorium warszawskiego Muzeum Przemysłu i Rolnictwa. Wiedzę z zakresu geologii i geografii uzupełniały w Gabinecie Mineralogicznym Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie pieczę nad nimi sprawował miejscowy kustosz, wybitny mineralog Józef Morozewicz.
W krótkim czasie "babski" uniwersytet stał się uczelnią posiadającą trzy wydziały: nauk społecznych, historyczno-filologiczny oraz matematyczno-przyrodniczy. Łącznie na wybrane kierunki studiów uczęszczało każdego roku nawet tysiąc kobiet, gotowych na wszystko, byle tylko móc zdobyć wykształcenie.
Ile warta jest wiedza
Marzenia o kontynuowaniu nauki sprawiły, że Maria Skłodowska została guwernantką w położonym na Pomorzu folwarku Szczuki u państwa Żorawskich. Zarobione pieniądze posyłała do Paryża swojej siostrze Bronisławie, która studiowała medycynę. Ta obiecała, iż po zakończeniu nauki weźmie Marię na utrzymanie, żeby i ona mogła zostać studentką na Sorbonie. Ale w Szczukach Skłodowska zakochała się z wzajemnością w najstarszym synu gospodarzy Kazimierzu Żorawskim. Na wieść o tym rodzice panicza zareagowali błyskawicznie, zwalniając guwernantkę i zmuszając syna, by wrócił na studia matematyczne do Krakowa. Maria, pomimo olbrzymiego talentu do nauk ścisłych, nie miała takiej możliwości. Zaczęła więc szukać nowej pracy w Warszawie. Na szczęście tu zaopiekował się nią kuzyn Jerzy Józef Boguski, znakomity wykładowca Uniwersytetu Latającego. Dzięki niemu podjęła wymarzone studia i prowadziła pierwsze eksperymenty. Na jej talencie szybko poznał się kolega Boguskiego, inny wybitny chemik Napoleon Milicer. Przez długie lata był on asystentem niemieckiego uczonego Roberta Bunsena, pioniera badania składu chemicznego substancji za pomocą analizy widmowej. Tą drogą odkrył pierwiastki rubid i cez. Podstaw analizy widmowej Milicer uczył swoje studentki podczas konspiracyjnych ćwiczeń w laboratorium Muzeum Przemysłu i Rolnictwa. Skłodowska bardzo szybko okazała się najzdolniejszą z nich i wykładowca zorientował się, że tak wybitna osoba musi trafić na najlepsze uczelnie świata. Wiedza zdobyta na Uniwersytecie Latającym bardzo jej w tym pomogła - jako pierwsza kobieta w historii Sorbony w listopadzie 1891 r. zdała egzaminy wstępne na tamtejszym wydziale fizyki i chemii. Po czym, ku zaskoczeniu wszystkich wykładowców, okazała się najlepszą studentką na roku, dystansując wszystkich kolegów.
Za przykładem Skłodowskiej szły inne absolwentki warszawskiej tajnej uczelni. Zofia Daszyńska-Golińska kontynuowała naukę w szwajcarskiej Bazylei, szybko wyrabiając sobie po jej zakończeniu renomę wybitnej ekonomistki. W niepodległej Rzeczypospolitej była jedną z pierwszych kobiet łączących zajęcie wykładowcy akademickiego z polityką i jako deputowana do Senatu RP zajmowała się problematyką zwalczania przez instytucje państwowe społecznego ubóstwa. Z kolei Amelia Hertzówna po studiach chemicznych ukończyła szkołę archeologiczną Luwru i zdobyła sobie pozycję znawczyni starożytności. Podobnych karier, które nie byłyby możliwe, gdyby nie "babski" uniwersytet, przywołać można wiele.
Same absolwentki z wielką atencją wspominały czasy, gdy pobierały nauki. "Lata mych studiów na Uniwersytecie Latającym zaliczam do najbujniejszego i najprzyjemniejszego okresu mego życia!" - zapisała we wspomnieniach pt. "Przebojem ku wiedzy" Jadwiga Klemensiewiczowa (wówczas jeszcze Sikorska). "Bo nie obowiązkiem, lecz radością było systematyczne uczęszczanie na zachwycające wykłady czy do pracowni - radością samodzielna praca nad mineralogią czy preparatami mikroskopowymi" - dodawała.
Idylla skończyła się wiosną 1893 r. Rosyjska ochrana dzięki doniesieniom konfidentów i prowadzonej coraz wnikliwiej kontroli prywatnej korespondencji Polaków wpadła na trop głęboko zakonspirowanej uczelni. Na nic zdał się wymóg, by przed rozpoczęciem nauki każda studentka złożyła uroczystą przysięgę zachowania wszystkiego w tajemnicy. Za sprawą donosicieli tajna policja dowiedziała się, że Uniwersytetem Latającym zarządza Jadwiga Szczawińska wraz z psychologiem Władysławem Dawidem. Notabene oboje tegoż roku wzięli ślub. Niedługo potem trafili za kraty X pawilonu warszawskiej Cytadeli. W tym najlepiej strzeżonym miejscu w Rosji więziono osoby uznawane za wyjątkowo niebezpieczne dla reżimu. Podczas przesłuchań nie zadawano małżonkom żadnych pytań odnoszących się do Uniwersytetu Latającego, uważając, aby nie domyślili się, iż tajna policja wpadła na jego trop. Śledczy drążyli jedynie temat niepodległościowych i rewolucyjnych książek znalezionych podczas rewizji w mieszkaniu państwa Dawidów. A po tygodniu po prostu wypuszczono ich na wolność. Wedle notatek poczynionych w raporcie warszawskiego oddziału ochrany postanowiono wstrzymać się z rozbiciem konspiracyjnej struktury, wybierając rozpracowanie jej od środka przy pomocy agentów. Ale to nie okazało się wcale takie proste. Po aresztowaniu małżeństwa Dawidów wykładowcy oraz studentki zaczęli staranniej dbać o przestrzeganie zasad konspiracji i podziemny uniwersytet przetrwał aż do 1905 r. Wówczas zagrożenie wybuchem w Rosji powszechnej rewolucji zmusiło cara do ofiarowania obywatelom dużo większych swobód. W tym pozwolenia na prowadzenie prywatnych szkół z polskim językiem wykładowym.
Po wiedzę do Krakowa
Jeszcze nim zaczęły się poważne kłopoty z ochraną, jeden z filarów Uniwersytetu Latającego, prof. Odo Bujwid, przeniósł się do Krakowa, skuszony propozycją pracy na Uniwersytecie Jagiellońskim. Była to wówczas jedyna obok Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie wyższa uczelnia, na której wykładano w języku polskim. Jednak w konserwatywnym cesarstwie austro-węgierskim ani rząd, ani elity intelektualne nie przewidywały możliwości zezwolenia kobietom na studia. Istnienie polskiej uczelni wzbraniającej wstępu w swe progi paniom było nie do pomyślenia dla Kazimiery Bujwidowej z domu Klimontowicz - absolwentki Uniwersytetu Latającego, która wprawdzie kończyła biologię pod okiem prof. Bujwida, ale gdy została jego żoną, zajęła się publicystyką prasową i działalnością w ruchu sufrażystek. To ona wiosną 1894 r., słysząc o kłopotach tajnej uczelni w Warszawie, ogłosiła, że Uniwersytet Jagielloński musi zostać otwarty dla polskich kobiet. Na jej apel zorganizowano akcję składania przez zainteresowane dalszym kształceniem panie próśb do władz uczelni o przyjęcie na studia. Napłynęło ich ponad 50 z Krakowa, a także z ziem zaboru rosyjskiego. Motywacje były różne. "Postępować śladem kobiet udających się na uniwersytety zagraniczne nie mogę. Przede wszystkim z obawy przed różnymi przykrościami, na jakie narażona jest osoba młoda, pozostająca bez opieki rodziców" - zapisała w swym podaniu dwudziestoletnia nauczycielka, mieszkająca w Krakowie Paulina Lipszyc. Wielu profesorów do idei studiowania kobiet odniosło się bardzo wrogo, ale Odo Bujwid stworzył na uczelni frakcję opowiadającą się za zmianami. W końcu Senat Uniwersytetu Jagiellońskiego zdecydował, że na próbę od października 1894 r. będą mogły rozpocząć studia trzy panie: Stanisława Dowgiałło, Janina Kosmowska oraz Jadwiga Klemensiewiczowa z domu Sikorska.
"Nigdy nie zapomniana zostanie dla nas trzech ta oczekiwana chwila wkroczenia do sali chemicznej na pierwszy wykład, który miał wygłosić prof. Karol Olszewski" - wspominała po latach Jadwiga Klemensiewiczowa. Wejście trzech pań wywołało żywe reakcje wszystkich obecnych. "Wprowadzone do sali przez ówczesnego asystenta przy katedrze chemii nieorganicznej dr. Augustyna Wróblewskiego przyjęte zostałyśmy ogólnym a-a-a, przy akompaniamencie lekkiego szurania nogami w ławkach" - opisywała. Wkrótce okazało się, jak wielką wraz z koleżankami miała przewagę nad resztą roku. Wszystkie ukończyły Uniwersytet Latający, praktykowały w aptekach i laboratoriach, nic więc dziwnego, że potem brylowały na wydziale chemii UJ. "Uczyłyśmy się chciwie, a roboty w pracowniach uniwersyteckich i kolokwia zdawane systematycznie i z powodzeniem zjednywały nam uznanie profesorów, jako uczennicom, i gruntowały nasze stanowisko na studium" - zanotowała Jadwiga Klemensiewiczowa, dodając: "pamiętałyśmy, że według nas sądzić wszyscy będą następne studentki".
Przytłaczająca większość kolegów z uczelni odnosiła się do nich życzliwie. "Trzask aparatu fotograficznego, wskazywanie nas wzrokiem lub gestem komuś obcemu, skierowanie w teatrze lornetki w naszą stronę - przyjmowałyśmy z humorem, jako dowód niezwykłości naszego położenia i naszej popularności" - opisywała Klemensiewiczowa. Równie dzielnie znosiły niełatwe warunki bytowe i rygory obyczajowe, jakim musiały się poddać. Zamieszkały we trójkę w dwóch pokoikach wynajmowanych przez właścicielkę pensji żeńskiej Lucynę Żeleszkiewicz przy ul. Gołębiej. Pokoje miały osobne wejścia, ale Żeleszkiewiczowa postawiła jeden warunek. "Gdyby ktoś z kolegów chciał nas odwiedzić, to powinien się był zgłosić na I piętro do kancelarii i salki przyjęć pensjonatu, a służąca miała polecone zawiadomić nas o wizycie" - zanotowała Klemensiewiczowa. "Do odwiedzających nas kobiet rygor ten nie miał zastosowania" - dopisała.
Ich wzorowa postawa spowodowała, że Uniwersytet Jagielloński coraz chętniej przyjmował kobiety na studia, a w 1897 r. austriackie Ministerstwo Oświaty oficjalnie to zalegalizowało. W tym samym roku Jagiellonka przyjęła w swe progi już 122 Polki. Rektor uniwersytetu, ks. prof. Władysław Knapiński, przywitał je bardzo ciepłym przemówieniem. "Wiecie dobrze, że pewna część społeczeństwa nie tai swej obawy przed Waszym krokiem, inni, jeżeli wprost nie ganią, to z nieufnością na Was patrzą. Jako pionierki torujące nową w naszym społeczeństwie drogę jesteście obserwowane z podejrzliwością przez niechętnych" - mówił, przy czym tłumaczył obie strony. "Nie mówię, żeby ci niechętni mieli złą wolę. Nie. Pełni są, podobnie jak Wy, dobrych chęci. Wy jesteście przekonane, że przyczyniacie się do dobra społeczeństwa, oni zaś chcieliby odwrócić niebezpieczeństwo, które według ich własnego przekonania społeczeństwu grozi ze strony uniwersyteckiego kształcenia kobiet" - wyjaśniał, okazując przy tym swoją aprobatę dla zachodzących przemian. Wprawdzie nadal wywoływały one spory opór, jednak to, że edukacja kobiet stawała się wówczas świadectwem patriotyzmu, sprawiało, iż przemiany obyczajowe przebiegały nadzwyczaj gładko. Zaledwie dwadzieścia lat później, kiedy Rzeczpospolita odzyskiwała niepodległość, nikomu nie przychodziło już do głowy, by można było nie wpuścić pań na wyższe uczelnie.
@RY1@i02/2013/208/i02.2013.208.00000200a.801.jpg@RY2@
Leemage/East News
Andrzej Krajewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu