Wieź mnie na wieś
Zaczynam rozumieć, dlaczego duże, nieporęczne SUV-y cieszą tak dużą popularnością, i to głównie wśród ludzi, którzy zamieszkują osiedlowe getta na przedmieściach. Sam w takich autach lubię przede wszystkim to, że siedzi się w nich wysoko, jak na myśliwskiej ambonie - widać wszystko w promieniu kilkunastu kilometrów. Dzięki temu można dostrzec korek, zanim się jeszcze w niego wjedzie, i zawrócić. A to oznacza oszczędności - i czasu, i pieniędzy wydanych na paliwo.
Podoba mi się też bezpieczeństwo, jakie gwarantują SUV-y. Oczywiście przy zderzeniu z drzewem przy 140 km/h macie w nich takie same szanse na przeżycie, jakbyście jechali na rowerze, ale takie wypadki należą do rzadkości. Do zdecydowanej większości kraks dochodzi przy prędkościach rzędu 50-70 km/h, a przeszkodą w nich nie są drzewa, lecz inne pojazdy. No więc jeżeli macie range rovera albo toyotę land cruiser, kompletnie nie musicie się przejmować tym, że w kogoś wjedziecie. Po prostu przetoczycie się po nim i nawet włos z głowy wam nie spadnie. Ma to również tę zaletę, że pomaga w eliminowaniu kierowców, którzy z racji niedoboru szarych komórek nigdy nie powinni siadać za kółkiem. Widziałem ostatnio, jak kobiecie prowadzącej nissana patrola pierwszeństwo na skrzyżowaniu wymusił opel corsa. Nawet nie wcisnęła hamulca, tylko przejechała po nim i oddaliła się. W przyrodzie takie zjawisko nazywa się naturalną selekcją i sprowadza się do jednego - najgłupsze osobniki w stadzie zostają z niego usunięte.
Jednak najfajniejsze w SUV-ach jest to, że w ich wypadku nie musicie się zgadzać na żadne kompromisy. Macie bezpieczne i praktyczne auto, które jednocześnie może się prowadzić jak sportowy kompakt (Mazda CX-5 czy BMW X3), być komfortowe i luksusowo wykończone (Mercedes ML czy Volkswagen Touareg), mieć fantastyczne właściwości terenowe (Toyota Land Cruiser), a nawet być nowatorskie i bardzo oszczędne (Ford Kuga). Każdy zatem, bez względu na upodobania, znajdzie obecnie dla siebie SUV-a, który spełni wszystkie jego oczekiwania. Np. nowy Mitsubishi Outlander jest idealnym samochodem dla ludzi, którzy mają dużo dzieci, mieszkają na wsi, na którą nie dotarła jeszcze technologia wylewania asfaltu, a na wakacje jeżdżą pod namiot.
Przede wszystkim dlatego, że Outlander fatalnie - w porównaniu z konkurentami - prowadzi się po asfalcie. Za to fantastycznie się nim jeździ po drogach siódmej kategorii. Innymi słowy, im więcej dziur, dołów i kamieni macie na drodze prowadzącej do domu, tym bardziej to auto przypadnie wam do gustu. Jednak jeżeli przyjdzie wam do głowy pokonanie jakiegoś równego, asfaltowego zakrętu odrobinę szybciej, musicie być przygotowani na to, że mitsubishi pokona go, podpierając się lusterkiem bocznym. W dodatku podczas szybszej jazdy kompletnie nie będziecie wiedzieli, co dzieje się z przednimi kołami odpowiadającymi za skręcanie - prawdopodobnie połączono je z kierownicą za pomocą gumki do majtek. W efekcie na autostradzie Outlander prowadzi się trochę jak zbyt rzadki budyń.
Jeżeli chodzi o jego wnętrze, to w sytuacji gdy macie liczną rodzinę, nie pozostanie wam nic innego jak pianie z zachwytu. Mówiąc "liczną", mam na myśli przynajmniej trójkę dzieci. Mniejsza liczba szybko doprowadzi do tego, że któreś z nich szybko zgubicie. Jednak jeżeli wasza rodzina jest faktycznie mniej liczna, a nadal pragniecie mieć outlandera (choć trudno mi to sobie wyobrazić), możecie złożyć tylną kanapę i w tak powiększonym bagażniku umieścić stół do bilardu. Obok niego zmieści się jeszcze minibarek, stół do pokera dla czterech osób, fotel bujany oraz dmuchany basen, w którym będziecie mogli odpoczywać między karciano-bilardowymi partyjkami. Mam nadzieję, że to zobrazowało wam przestronność tego samochodu.
Obawiam się jednak, że mimo tych zalet nowy Outlander nie zawojuje naszego rynku. Powodem jest jego cena. Owszem, podstawowa wersja kosztuje niecałe 90 tys. zł, co - jak na autobus - może się wydawać wręcz okazją. Problem w tym, że dostajecie za nią tylko dwulitrowego benzyniaka, napęd wyłącznie na przednie koła, tylko pięciobiegową skrzynię i żenująco słabe wyposażenie, co w zasadzie sprowadza się do jednego - za 90 tys. zł nabywacie ból głowy. Jeżeli poważnie myślicie o tym aucie, musicie mieć diesla (mimo tylko 150 koni jest zaskakująco dynamiczny, a przy tym bardzo oszczędny) i napęd na wszystkie koła. Przydałaby się także skrzynia automatyczna, bo ręczna jest mniej więcej tak precyzyjna jak pijany chirurg - przyjdziecie na wycięcie wyrostka, a pozbawi was migdałków albo palców u stóp. Tak skonfigurowana wersja kosztuje już prawie 160 tys. zł. A jeżeli do tego zapragniecie nawigacji, skórzanej tapicerki i paru innych dodatków, szykujcie niemal 180 tys. zł. Choć z drugiej strony - po co wam nawigacja na wsi?
@RY1@i02/2013/077/i02.2013.077.000001200.803.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/077/i02.2013.077.000001200.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk, zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Łukasz Bąk
zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu