Deregulator na zlecenie
Mówi się, że Mirosław Barszcz w kilka tygodni jest w stanie stworzyć sensowny program rozwoju w dowolnej dziedzinie. Bo pracuje projektowo
Projekt jest czymś absolutnie cudownym. Na początku jest wyzwanie, potem ciężka praca i wreszcie satysfakcja z finału, a wszystko stymulujące intelektualnie - mówi Mirosław Barszcz, doradca ministra sprawiedliwości ds. deregulacji. Mija rok od ogłoszenia listy zawodów, do których dostęp ma zostać w całości lub częściowo otwarty. Za opracowaniem pierwszej transzy deregulacji stoi właśnie Barszcz, cieszący się opinią skutecznego eksperta.
Jest nim, bo wchodząc do administracji publicznej, nie przestał myśleć jak prawnik, z natury działający projektowo. - Niezależnie od tego, czy chodzi o skomplikowaną sprawę, czy sporządzenie drobnej opinii, liczy się efekt, który trzeba wypracować w określonym czasie, by potem wystawić fakturę i otrzymać wynagrodzenie. W administracji jest zupełnie inaczej. Nie ma takiego poczucia, że jak się zaczęło coś robić, to trzeba to skończyć - tłumaczy Mirosław Barszcz.
Sam zaczął działać zadaniowo, jeszcze zanim został prawnikiem. Szykując się do egzaminów na informatykę, bierze intensywne korepetycje z matematyki i fizyki. Gdy ostatecznie postanawia iść na prawo, w krótkim czasie opanowuje materiał z historii, z którą jako absolwent technikum (specjalność: budowa płatowców i śmigłowców; zawód ma być zderegulowany) wcześniej miał niewielką styczność. Wybiera Katolicki Uniwersytet Lubelski, który wówczas (jest 1988 r.) jak magnes ściąga z całej Polski najlepszych wykładowców. Pracę magisterską pisze u prof. Marka Safjana, późniejszego prezesa Trybunału Konstytucyjnego.
Gdy po studiach przyjeżdża wraz z żoną do Warszawy, po wynajęciu kawalerki zostaje mu jakieś 200 zł w kieszeni, odpowiada więc na każde ogłoszenie o pracy dla prawnika. Zatrudnia się ADM Systemy Informatyczne (dziś notowana na giełdzie), w praktyce jako człowiek do wszystkiego. Także do noszenia pudełek na ciężarówkę czy przepisywania kosztorysów budowlanych.
Jednak potem dostaje pracę w departamencie prawno-podatkowym firmy Ernst & Young. Na pytanie, w jakiej działce chciałby pracować, odpowiada: "Byle nie w VAT". - Nie miałem o tym zielonego pojęcia. Na trzecim roku studiów prowadzący wspomniał kiedyś na zasadzie ciekawostki, że gdzieś tam w świecie jest taki wyświrowany podatek. Nic nie zrozumiałem z jego wywodu. Powiedziałem o tym podczas rozmowy kwalifikacyjnej, ale Tomasz Michalik (obecnie prezes Izby Doradców Podatkowych) i Wojciech Wach (szef podatków w T-Mobile) postanowili dać mi szansę. Tak rozpoczęła się moja kariera doradcy podatkowego - wspomina Barszcz.
Po 10 latach jest już jednym z kilku najlepszych specjalistów w dziedzinie VAT w Polsce (zawód doradcy podatkowego ma być zderegulowany). Z taką etykietą w 2006 r. obejmuje stanowisko podsekretarza stanu w Ministerstwie Finansów. - Z perspektywy lat pójście do MF traktuję jako największą katastrofę finansową w swoim życiu. Byłem parterem w kancelarii Baker & McKenzie z bardzo przyzwoitymi zarobkami, wcześniej szefem praktyki VAT-owskiej w PwC. Tymczasem gdy Zyta Gilowska zastąpiła Teresę Lubińską, 90 proc. moich pomysłów zostało odstawionych na boczny tor. A gdy PiS weszło w koalicję z Samoobroną i LPR, poczucie bezcelowości jeszcze się pogłębiło - wyjaśnia prawnik.
Po niespełna pół roku rezygnuje z ministerialnego fotela. Do podatków przez kilka kolejnych lat nie wraca, ale zaczyna pracować z Joanną Kluzik-Rostkowską nad programem polityki prorodzinnej.
- Pamiętam, że obstawał, by uznać przedszkola za najważniejszy element tego programu. Po latach przyznaję mu rację - opowiada Kluzik-Rostkowska. - Jest kompletnie niepolityczny, tylko taki ekspercki. Ma bardzo otwarty umysł i myśli horyzontalnie. Gdyby ktoś go poprosił np. o zajęcie się rozwojem rynku samochodowego w Polsce, to po trzech tygodniach miałby gotowy projekt - chwali posłanka PO.
Program polityki prorodzinnej PiS ogłasza 8 marca, w Dzień Kobiet. A już w czerwcu Barszcz oddaje przygotowany na prośbę premiera Jarosława Kaczyńskiego program wsparcia budownictwa mieszkaniowego. Po rozpadzie koalicji na kilka miesięcy obejmuje w mniejszościowym rządzie tekę ministra budownictwa (zawody różnego rodzaju inżynierów budowlanych, architektów i urbanistów mają być zderegulowane).
O deregulacji, z którą jest najbardziej kojarzony, mówi, że nie był to projekt Ministerstwa Sprawiedliwości lecz wszystkich ministerstw, a resort tylko go spinał. Przypomina też, że bazą do prac był pomysł minister Barbary Kudryckiej, która chciała wprowadzić ułatwienia dla absolwentów w dostępie do poszczególnych zawodów.
Za swój najważniejszy projekt uważa ten najnowszy: deregulację systemową czyli reformę rządowego procesu legislacyjnego. - Przeprowadziliśmy kompleksowy proces badania systemów legislacyjnych wielu krajów od USA, przez Niemcy, po Kambodżę. Gdybyśmy zmienili zasady opracowywania prawa, Polska byłaby zupełnie innym krajem. Nie byłoby miejsca na takie afery jak np. hazardowa czy Rywina - chwali swoje najnowsze dziecko Mirosław Barszcz, który ma podpisaną umowę z resortem sprawiedliwości do końca czerwca.
Na co dzień jest partnerem w kancelarii GWW Legal. W kolejce czekają już kolejne projekty. Wyzwań nie brakuje.
@RY1@i02/2013/046/i02.2013.046.07000030f.803.jpg@RY2@
FOT. Wojtek Górski
Postać tygodnia Mirosław Barszcz
Ma otwarty umysł i myśli horyzontalnie. Gdyby go ktoś poprosił np. o zajęcie się rozwojem rynku samochodowego, po trzech tygodniach miałby projekt
Piotr Szymaniak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu