Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Arab czystej krwi

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Staram się szerokim łukiem omijać wszelkie stereotypy dotyczące samochodów. Francuskie auta wcale nie psują się tak często, jak zwykło się sądzić, natomiast niektóre japońskie modele są wykonane równie solidnie jak choinkowa bombka - mocniejsze trzaśnięcie drzwiami może skończyć się koniecznością odesłania ich z powrotem do fabryki. Niemniej jednak są stereotypy, w których tkwi źdźbło prawdy, i sam częściowo je popularyzuję. Dotyczą one samochodów klasy premium. I tak starszymi modelami BMW jeżdżą ludzie o barkach tak szerokich, że każdy z nich znajduje się w innej strefie czasowej. Zaś nowe modele tej marki kupują zazwyczaj ludzie chcący, aby postrzegano ich jako młodych, dynamicznych i zamożnych, ale że najczęściej nie stać ich na więcej niż dwulitrowego diesla, to szybko przypina się im łatkę "zastaw się, a postaw się". Audi? Marka dla statecznych tatusiów. Mercedes? Dla tych, którzy albo jedną nogą są już w grobie, albo na nazwisko mają Rooney, Ronaldo bądź Błaszczykowski.

Problemem tych trzech niemieckich marek nie jest jednak wyłącznie to, jak są postrzegane. Inny to fakt, że poza znaczkami na maskach oraz stylistyką ich modele niewiele się od siebie różnią. Jeszcze 20 lat temu mercedesy były komfortowe, bmw sportowe, a audi praktyczne. Ale zaraz potem Mercedes zapragnął być równie sportowy jak BMW i praktyczny jak Audi, BMW równie komfortowe jak Mercedes i praktyczne jak Audi, a Audi... Tak, zgadliście - sportowe jak BMW i komfortowe jak Mercedes. W efekcie niemiecka trójca oferuje dzisiaj równie dopracowane auta, mające podobne fantawspaniałostycznogenialne gadżety na pokładzie oraz gwarantujące niemal identyczne wrażenia z jazdy, poziom bezpieczeństwa i jakość wykonania. Oczywiście znajdą się fanatycy, którzy przytoczą w tym miejscu fakty dowodzące niezbicie, że BMW nadal pokonuje jakiś zakręt na jakiejś pętli jakiegoś zamarzniętego toru na kole podbiegunowym o 0,3 km/h szybciej niż Audi i 0,5 km/h szybciej niż Mercedes. Wątpię jednak, aby pod uwagę brało to więcej niż 0,1 proc. kupujących, którzy są po prostu szurnięci.

W ten sposób dochodzimy do Lexusa RX 450h - auta, które wydaje mi się bardzo dobrą alternatywą dla niemieckich luksusowych SUV-ów. Głównie dlatego, że pod żadnym względem ich nie przypomina. Japończykom nie pękały żyły na czole, gdy pochylali się nad zawieszeniem RX-a - uczynili je po prostu tak komfortowym, jak to tylko było możliwe. Ten samochód fantastycznie amortyzuje nie tylko dziury, koleiny i progi zwalniające, ale nawet przydrożne rowy. Ma to oczywiście swoje wady, bo nie prowadzi się równie pewnie, precyzyjnie i dynamicznie jak konkurenci znad Renu, ale przecież SUV-ów nie kupuje się z myślą o rodzinnych wyścigach. Tutaj liczą się przede wszystkim przestrzeń, komfort i bezpieczeństwo - a w tych wszystkich kategoriach RX jest bezkonkurencyjny. Dawno nie jeździłem samochodem, który swoim zachowaniem, stylem i sposobem prowadzenia tak bardzo zachęcałby do płynnej, stonowanej (co nie znaczy wolnej) jazdy. Gdybym miał użyć jednego słowa obrazującego, jak jeździ RX, idealnie pasowałoby "dostojnie". Zasługa w tym także jego silnika. A raczej silników, bo w wersji 450h tradycyjny motor spalinowy współpracuje z dwoma elektrycznymi. Wspólnie generują 300 koni mechanicznych, choć w tym wypadku bardziej na miejscu byłoby określenie "koni arabskich". Rasa ta jest wyjątkowo wytrzymała i posłuszna, nie ma sobie równych na długich dystansach, a do tego jest niewymagająca w hodowli. Wypisz wymaluj RX 450h. Realnie Lexus spala 9-10 litrów benzyny, co przy masie niemal 2,2 tony i gabarytach domu jednorodzinnego uznać należy za apetyt godny anorektyka.

Przydałoby się dolać do tej beczki miodu przynajmniej ze dwie łyżki dziegciu. Pierwszą niech będzie stylistyka RX-a. Dyplomaci określą ją mianem "oryginalnej", ale według mnie samochód wygląda, jakby dopiero co wjechał w przystanek autobusowy - wszystko z przodu ma dziwnie powyginane. Ratować można się, zamawiając wersję F-sport z większym grillem i inaczej zaprojektowanym zderzakiem. Druga łyżka dziegciu to wnętrze, które - zważywszy na cenę przekraczającą 300 tys. zł - powinno sprawiać wrażenie bardziej luksusowego. Ale co do jakości jego wykonania nie można już mieć żadnych zastrzeżeń. Podobnie jak do tego, że Lexus jest marką, która budzi wyłącznie pozytywne skojarzenia. Jej autami nie jeżdżą ani ludzie o budowie ciała przypominającej piec kaflowy, ani wytatuowani i ulizani piłkarze. Za to w lexusie możecie spotkać naszych najlepszych tenisistów (m.in. Radwańską) czy koszykarzy (np. Gortata). Zatem jedyna łatka, jaka może do was przylgnąć, gdy kupicie sobie RX-a, to taka, że dorobiliście się majątku ciężką pracą, jesteście zdrowi, poukładani i sprawni fizycznie. Oraz że pomimo tych wszystkich sukcesów nie przewróciło się wam w głowie.

@RY1@i02/2013/003/i02.2013.003.18600110c.803.jpg@RY2@

@RY1@i02/2013/003/i02.2013.003.18600110c.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk, zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Łukasz Bąk

zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.